Opinie Podróże

Przed wyjazdem w Bieszczady

dscn0660

Samotna kobieta i mały piesek w górach. To historia o tym jak we dwie z Lajeczką zakrzyknęłyśmy „Ahoj przygodo!” i wyruszyłyśmy w nieznane, oraz o niezliczonej liczbie pierwszych razów. Na początku dowiecie się, jakie są wyobrażenia i marzenia dotyczące wyjazdu w Bieszczady „górskich dyletantek”, których jestem doskonałą przedstawicielką. Moja ignorancja w tym temacie jest nie do przecenienia, ponieważ poza podziwianiem widoków, w życiu niewiele miałam do czynienia z górami.

Wymarzone wakacje miały być długie, egzotyczne i bez psa. Tylko: ja, Najlepszy Mąż, przygody w dalekich krajach i romanse – z mężem rzecz jasna. Niestety Najlepszy wypisał się z urlopu. I wtedy wpadłam na jeden z głupich spontanicznych pomysłów, do których przejawiam pewien talent – wyjadę tylko z psem. Co prawda rzadko coś robię spontanicznie, ale jak już tak robię, to z rozmachem. Wyjedziemy w październiku – tłumów już być nie powinno. Po górach sobie we dwie pochodzimy, po Bieszczadach może,  bo niezbyt wysokie.

Zarezerwowałam pokój we względnie cywilizowanym hotelu, gdzie przyjmą mnie z psem i niecierpliwie oczekiwałam na dzień wyjazdu, marząc o aktywnym wypoczynku na łonie przyrody oraz wyobrażając sobie siebie z Lajeczką, jak radośnie i żwawo maszerujemy przez połoninę.
Nie spodziewałam się szalonego mistycznego czasu refleksji, odkrywania siebie i uduchowionego pogłębiania więzi psem, a tak się może niektórym kojarzyć samotne wędrowanie po górach. Miałam nadzieję, że będziemy cieszyć się swoim towarzystwem i długimi spacerami, zajadać pyszne lokalne dania (piesa najlepszą z możliwych karm i domowe suszone mięsko), a wieczorem zmordowane padać w objęcia Morfeusza (no sorry mąż… sam wybrałeś).

dscn0679

Pozornie zwyczajny urlop, prawda? Pewnie dla niektórych tak, ale nie dla nas. Ponieważ jak wspomniałam, na tym wyjeździe miałam zrobić mnóstwo rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłam, co niestety uświadomiłam sobie jeszcze przed wyjazdem:

– Przejazd w Bieszczady to miała być najdłuższa trasa, na której sama bym prowadziła samochód. W dodatku dysponuję małym miejskim autkiem, co nie było najwygodniejszą opcją podróżną. Na szczęście zaprzyjaźniłam się z samochodem, więc tylko raz prawie zginęłyśmy na drodze. Ukochany pies na tylnym siedzeniu naprawdę przypomina „jedź ostrożnie” i sprawia, że automatycznie ściąga się nogę z gazu.
– Pierwszy raz miałam używać nawigacji w samochodzie (tak, da się bez tego normalnie jeździć). Czekał mnie tydzień przygody z tym cudem techniki, gdyż od wybranych szlaków miało mnie dzielić codziennie około 30-60 minut jazdy…
– Po górach… Wspominałam, że nigdy wcześniej nie prowadziłam samochodu w górach? Wiem, że dużo tu o samochodzie, ale tak się składa, że prowadzenie nie jest nie było moim ulubionym zajęciem.
– Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam na wakacje tylko z psem. Urlopy od kiedy pamiętam spędzałam w towarzystwie rodziny lub znajomych. W końcu człowiek zwierzę społeczne.
– Nigdy nie chodziłam po górach. Bywałam w górach, ale nie po to, żeby po nich chodzić.

Wszystkie te nowości potraktowałam wzruszeniem ramion – przecież dam radę. Nauczę się nowych rzeczy. W najgorszym wypadku nie spodoba mi się. Byłam nawet dość zadowolona, że zdobędę nowe umiejętności.
Potem co prawda przypomniałam sobie, że przy pewnym społecznym wycofaniu kupienie na stacji benzynowej kawy i hot-doga może być niezapomnianym przeżyciem, a jedzenie w pustej knajpie (sezon się właśnie kończył) tylko w towarzystwie psa w gustownym różowym wdzianku, jedynie przez życzliwe osoby będzie określone jako ekscentryczne, ale było już za późno, żeby się wycofać.

dscn0667

Niepokój zaczęłam odczuwać dopiero, gdy pomyślałam na poważnie o górach. Najpierw w mojej głowie pojawiła się nie do końca sprecyzowana myśl, że po górach nie powinno się chodzić samotnie. Nie mam pojęcia skąd to wiedziałam i co prawda nie byłam pewna, czy dotyczy to wszystkich gór, czy może tylko bardzo wysokich gór albo gór zimą, ale wzięłam to do siebie.

Później na rodzinnym obiedzie ktoś wspomniał, że w górach są niedźwiedzie, co z kolei przypomniało mi też, że akurat trwa rykowisko – wyjątkowo niepokojowo usposabiające jelenie. Ktoś jeszcze próbował przerazić mnie wilkami, ale akurat psowatych to ja się nie będę bała. O dzikach, które szaleją nawet u nas na Żoli, nie warto wspominać. W każdym razie przez jakieś dwa tygodnie byłam straszona wszystkimi dostępnymi w Bieszczadach gatunkami zwierząt, a Najlepszy Mąż w ramach rozrywki zaczął mi czytywać do poduszki artykuły o ludziach napadniętych przez niedźwiedzie.
Do czasu aż gdzieś w internecie przeczytałam refleksję podróżniczki, która napisała, że w samotnych wędrówkach najbardziej boi się ludzi, a nie zwierząt. I wtedy przed moimi oczami pojawili się grabieżcy, mordercy, zboczeńcy i inni zwyrodnialcy. I oczywiście szlaki jesienią wyludnione, więc wszyscy oni czają się na mnie. Co jak co, ale wyobraźnię mam doskonale sprawną i bujną.

Najmocniej zawiodłam się, kiedy się zorientowałam, że po połoninach sobie nie pohasamy, bo wszystkie skryły się w Bieszczadzkim Parku Narodowym, do którego nie wolno wchodzić z psami, więc prawdopodobnie większość naszych spacerów odbędzie się w lesie. I chociaż nieraz eksplorowałam samodzielnie z Lajsonem lub innymi psami Kampinos, to jednak samotna wędrówka w zupełnie nieznanym lesie zdała się być innego rodzaju wyzwaniem. Nie dość, że w lesie, to jeszcze ciągle pod górę. Ładnie się wpakowałam.
Koleżanki mnie upominały „Sama w góry? Ja bym się bała.”, a wyobraźnia cały czas podsuwała mi obrazy wściekłych, szarżujących niedźwiedzi i napadających na bezbronne niewiasty złoczyńców. Powiedziałam sobie jednak „Co? Ja nie dam rady?” i ruszyłam w Bieszczady.

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *