Opinie

Emocje podczas wyboru psa

W odmętach Facebooka, w komentarzu pod postem dotyczącym wyboru psa znalazłam wypowiedź, której autor twierdził, że „przecież nie bierze się psa, bo przechodził obok”. Nie wiem czy dobrze zrozumiałam intencje autora, ale wydaje mi się, że chodziło o to, iż nie przygarniamy pierwszego lepszego psa, nie bierzemy go z przypadku – „bo tak wyszło”. Może i faktycznie nie, ale czy oby na pewno? Bo może nie dlatego, że przechodził obok, ale zdarza się, że wpadamy na psa i nasze losy splatają się już na zawsze.

Trochę to pewnie zależy od tego jak traktujemy psy. Przyznaję, dla mnie pies to zwierzę, z którym tworzę więź, relację (częściowo przypominającą rodzicielską, częściowo przyjacielską). Uważam, że abyśmy mogli szczęśliwie razem żyć pod jednym dachem potrzebujemy przywiązania i miłości. Jeśli pies faktycznie ma być członkiem rodziny, musimy chyba żywić do niego jakieś uczucia. Jednak zanim się one pojawią, bo to przecież wymaga czasu, może się między nami zadziać jakaś ludzko-psia chemia.
Dobierając ludzkich przyjaciół, na ogół mamy wiele okazji by spotykać te same osoby zanim podejmiemy decyzję, czy chcemy je włączyć do kręgu naszych bliskich. W przypadku psów, w lepszych wypadkach jest to kilka spotkań przedadopcyjnych, a czasem są to jedne oględziny. Musi więc być coś, co sprawia, że mówimy sobie „ten, a nie żaden inny”, chociaż nie zawsze jest to pies, który spełnia wszystkie nasze wcześniej ustalone wymagania.

Obecnie w Internecie można znaleźć wiele informacji związanych z wyborem psa. Porady dotyczące dopasowania psa lub rasy do naszego stylu życia, rozważania w kwestii różnic pomiędzy zakupem i adopcją, wyższości hodowli nad pseudohodowlą oraz innych zbliżonych treści. Sama również kilka razy wspominałam o wybieraniu psa. Wśród tych porad pojawia się często bardzo ważne, być może najważniejsze, stwierdzenie, że powinien być to wybór świadomy i przemyślany. Dla odmiany, trochę przewrotnie, poświęćmy nieco czasu i doceńmy rolę emocji, których doświadczamy wybierając czworonożnego towarzysza.

Zanim adoptowałam Lajkę miałam ułożoną w głowie listę wymagań, wiedziałam po co mi pies, co dokładnie chcę z nim robić, jakiej ma być wielkości, w jakim wieku itd. Wydawało mi się, że jestem do adopcji doskonale przygotowana. W końcu od kilku miesięcy pilnie uczyłam się pragnąc zostać zoopsychologiem – a nie ma chyba nic gorszego niż neofita. Teoretycznie moja głowa była pełna wiedzy, a serduszko po praktykach w schronisku odporne na nagłe porywy serca.
Później zaś natknęłam się na Paluchu na takie rude biedactwo, poczułam nagłą potrzebę niesienia pomocy akurat temu zwierzęciu i adoptowałam psa, który nie spełniał moich oczekiwań.
Trochę to trwało zanim udało nam się do siebie dopasować. Nie powiem, żeby było łatwo: zrewidowałam moje plany na aktywności z psem, pogodziłam się z tym, że pracujemy w miarę możliwości i w tempie lękliwego, słabo zmotywowanego psa, dostosowałam tryb życia do psa z SA. Jednocześnie dostałam coś, czego nie oczekiwałam – może nie demona sportu, ale dobrze wychowanego, sprawnego psa, z którym można zarówno pójść do restauracji jak i wędrować cały dzień po górach. Kiedy poznałyśmy się lepiej, byłam bardzo zadowolona, chociaż Lajka nie była takim psem, jakiego zaplanowałam. Niektórzy powiedzieliby, że zrobiłam głupio kierując się emocjami. Faktycznie, emocje jakie budził we mnie ten pies zdominowały cały proces podejmowania wyboru. Dość rzec, że w tygodniu pomiędzy pierwszym spotkaniem a adopcją, Lajka śniła mi się po nocach jak wyrzut sumienia. Jednak nie był to wybór spontaniczny. Dałam sobie kilka dni, a później wróciłam do schroniska z nadzieją, że Lajka jeszcze tam będzie. Był też w pełni świadomy – widziałam psa w schronisku, oceniłam, domyślałam się czego mniej więcej mogę się po nim spodziewać.

Z Pikselem to była zupełnie inna historia. Najlepszy Mąż znalazł na środku drogi krajowej wyjącego przeraźliwie, usiłującego czołgać się psa – ewidentnie potrąconego. Nikt z okolicznych mieszkańców się do niego nie przyznawał. Podobno mały błąkał się od kilku dni po okolicy. W gminie wszystko było pozamykane, nie można też było w pobliżu znaleźć weterynarza, więc Najlepszy Mąż zapakował brudnego, zapchlonego psa do samochodu i po krótkiej wizycie w lokalnym komisariacie policji, powiózł go do przychodni w Warszawie. Pierwsze dni w mieście Piksel spędził w szpitalu na leczeniu i obserwacji, gdzie prognozy i pomysły na leczenie zmieniały się wraz ze stanem psa. Wśród innych naszych obaw, najpoważniejsze były te, czy będzie w stanie chodzić i samodzielnie się wypróżniać. Zapewnił nam ten mały sporo atrakcji, ale ostatecznie skończyło się „tylko” na połamanej miednicy. W końcu trafił do nas do domu: połamany, obolały i wściekły, wymagający szczególnej opieki (wożenie na zabiegi co drugi dzień, wynoszenie na trawnik, aby mógł załatwić potrzeby fizjologiczne itp.), na wiele czynności reagujący atakiem, a jednocześnie spragniony kontaktu z człowiekiem. Decyzja o poszukaniu Pikselowi domu, gdy tylko postawimy go na nogi (doskonałe określenie w tym wypadku) niepostrzeżenie zmieniła się w „zostaje”. Nie było innego wyjścia. Na pierwszy rzut oka zupełnie niepozorny, mały, siwy wiejski burek o lekko jamniczym kształcie i bardzo jamniczym charakterze, okazał się być prawdziwym złodziejem serc.
Podsumowując: znów mój „wymarzony pies sportowy” okazał się być zupełnie nie takim, jak go sobie wymyśliłam tzn. okazał się być starszawym, połamanym pieskiem z niepełnym kompletem zębów i starym śrutem w kolanie. Nasze możliwości szkoleniowe najlepiej opisuje to, że generalizacja zwykłego „siad” zajęła nam chyba miesiąc.

W naszym domu, w obu wypadkach przyjęcie psa było dokonane pod wpływem emocji i niektórym mogło wydawać się pochopne, a jednak mieliśmy czas na przemyślenia i oswojenie się z sytuacją. Nikogo jednak nie namawiam do takiego sposobu adopcji psa. Wystarczająco wiele niedopasowanych par widziałam, gdzie pies i człowiek nie byli szczęśliwi, a jednak właściciel nie był w stanie oddać zwierzęcia. Bo mimo wszystko był do niego przywiązany, po swojemu go kochał, czy też dlatego, że oddanie psa, choćby przy znalezieniu mu nowego, nawet i najlepszego domu nadal często uznawane jest za najgorszy grzech w środowisku psiarzy. Oczywiście ten ostatni powód zostawienia sobie psa jest bardzo słaby, ale rozumiem ludzi, którzy nie chcą narażać się na ostracyzm, czy internetowy lincz.

Nie musimy trzymać się jakichś ścisłych wytycznych podczas wyboru psa, ale tylko w przypadku, gdy jesteśmy elastyczni i wiemy, że pewne poświęcenia nas nie unieszczęśliwią. Określmy czego pragniemy i szukamy w psie, ale też co jesteśmy gotowi tolerować, znieść i poświęcić dla psa. Tak, pies to żywe, czujące stworzenie i nie powinno się go oddawać jak rzeczy. Nie jestem jednak pewna, czy „związki na siłę” dobrze robią którejkolwiek ze stron. Czasem znalezienie psu nowego domu jest lepszym wyjściem dla wszystkich. Absolutnie nie chodzi o sytuacje, gdzie pies jest traktowany jak rzecz, zabawka czy jakiś dodatek do rodziny, a człowiek kieruje się tylko swoim widzimisię lub wygodą zarówno przy adopcji, jak podczas oddawania psa w inne ręce.
Nie może być tak, że unieszczęśliwiamy zwierzę, ale nie może to też działać w drugą stronę. Czasem zdarza się, że opiekun zmienia styl życia i dopasowuje go do psa, więc potrzeby zwierzaka teoretycznie są zaspokojone. W tym samym czasie człowiek niekoniecznie jest zadowolony z sytuacji, w której się znalazł, z działań które codziennie musi podejmować, ale mimo wszystko trzyma się zobowiązania, które podjął wobec zwierzęcia, czy innych osób, które powierzyły mu opiekę nad zwierzęciem. Napisałam, że potrzeby psa są „teoretycznie zaspokojone” ponieważ trudno mi stwierdzić z pewnością, że człowiek, dla którego opieka nad zwierzęciem nie jest satysfakcjonująca, jest w stanie zapewnić mu odpowiednie wsparcie emocjonalne. Trzeba pamiętać jak doskonale psy czytają nasze emocje i jak duży mają one na nie wpływ.

Normą powinna być sytuacja, że przyjęcie psa do domu, do rodziny, uszczęśliwia przynajmniej jednego człowieka i psa (a ewentualna reszta domowników o ile takowi istnieją, nie jest przynajmniej z tego faktu niezadowolona). Wiadomo, że na przestrzeni lat czasem jest gorzej, a czasem lepiej. Pies może sprawiać problemy wychowawcze, czy np. chorować, co przysparza opiekunom zmartwień, ale ogólny bilans powinien być na plus. Nie w każdej chwili musimy czuć się z naszym psem szczęśliwi, ale fakt życia z psem, tym konkretnym psa, powinien nas generalnie uszczęśliwiać.

Przy wyborze psa nie można dać się porwać emocjom. W końcu chodzi tu o czyjeś życie – psie w tym wypadku. Warto być świadomym swoich emocji i nie pozwolić, by zdominowały nasze wybory, ale nie możemy też starać się ich całkiem wyeliminować. Chociaż nie zawsze kwestia udanej lub nie adopcji jest sprawą życia i śmierci (pragnę wierzyć, że porzucają i zabijają tylko zwyrodnialcy i ograniczeni poznawczo), to nieodpowiedziane przygarnięcie psa może skutkować złamanym psim życiem. Zmiana domu może być dla psa trudna i odbić się na jego psychice, podobnie życie w nieodpowiednim (dla danego psa) domu. Trudno znaleźć mniejsze zło i wyjście w sytuacji, gdy nie stanowimy z naszym psem dobrze dobranej pary i już ustalimy, że raczej się nie zgramy.

Stwierdzenia w rodzaju „wezmę/nie wezmę tego psa, bo mi go żal” nie mają zbyt wiele sensu. Być może niektórzy mogą bez większych konsekwencji dokonać wyboru na podstawie podobnej przesłanki, ale to mniejszość, która doskonale zna siebie i jest bardzo elastyczna, powiedzmy… życiowo i w dalszym ciągu wynik takiego działania jest bardzo niepewny. Natomiast „nie wezmę tego psa tylko z powodu smutku (lub innej emocji) jakiego doświadczam patrząc na jego sytuację i myśląc o jego historii” jest o wiele bardziej racjonalne. Bo czy emocje odczuwane na myśl o losie psa są wystarczającym powodem, by adoptować psa? Możemy wspomóc psa, którego jest nam żal, ale wiązać się z nim „na dobre i złe” na prawdopodobnie przynajmniej kilka lat (nie mówimy o przypadkach skrajnych) jest nie tylko nieracjonalne, jest po prostu bardzo ryzykowne. Jednak, jeśli jakiś pies wzbudza w nas wyjątkowe emocje – nie musi to być smutek, może jego widok wyjątkowo nas raduje, może sprawia, że chcemy go otoczyć opieką, to warto się zastanowić, czy nawet w przypadku, gdy nie spełnia wszystkich warunków, które ustaliliśmy, może być dla nas odpowiednim kompanem – może w tym konkretnym przypadku jesteśmy w stanie zdobyć się na kompromis.

Można powiedzieć, że to ludzkie – zawsze towarzyszą nam emocje, uczucia, nastrój i one wpływają na nasze wybory. Część z nich na pewno dzielimy z innymi zwierzętami, co niektórzy uznaliby za argument do bardziej krytycznego spojrzenia. Pamiętajmy jednak, że kiedy przychodzi do podejmowania decyzji, to one oraz nasze indywidualne doświadczenie odróżniają nas od algorytmu komputera. „Świadomy i przemyślany” nie znaczy koniecznie całkowicie oderwany od emocji, ale na pewno znaczy odpowiedzialny.

Może Ci się spodobać

2 komentarze

  • Odpowiedz
    Family Mess
    26/06/2019 o 19:17

    Wybór psa nie jest taki prosty, ale też nie taki straszny. Na pewno nie wolno robić tego w nieprzemyślany sposób. Spontaniczność to nie jest dobry doradca 🙂 My mamy dwa kundelki, to zawsze jest loteria jeśli chodzi o predyspozycje psiaka, aczkolwiek decyzja o posiadaniu psa była bardzo dobrze przemyślana. Najważniejsze to nauczyć się jak najwięcej jak w ogóle żyć z psem jako gatunkiem 🙂 Fajny blog! Pozdrawiam 🙂

  • Odpowiedz
    Joanna Skowrońska
    02/07/2019 o 10:18

    Czasami czuje się, że to ten pies. Czasami czuje się więź od samego początku, a czasami ta więź przychodzi po roku, dwóch, trzech. Różnie to bywa… Słyszałam wiele historii o tym, że ktoś wyczekiwał tego jedynego psa, ten jednej rasy, a tu nagle BAM i to właśnie taka przybłęda stała się domowym pupilkiem 🙂 Zwierzęca miłość nie wybiera 🙂

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *