Okiem laika: wystawa Klubu Welsh Corgi i Lancashire Heelera w Mosznej (26.IV.15)

W kwestii dołączenia kolejnego psa do naszej rodziny nie ukrywamy już, że znaleźliśmy rasę, która całkowicie skradła moje serce (Najlepszy Mąż jeszcze trochę wydziwia). Moja nagła opętańcza miłość spadła na Lancashire Heelery, ale o tym skąd mi się to wzięło i nieco więcej o rasie napiszę innym razem. Istotne jest jednak, że na początku miałam spory problem. Na zdjęciach i w opisach rasy odnalazłam mój psi ideał, ale zastanawiałam się jak sprawdzić ich prawdziwość, jeśli u nas w kraju mieszka tylko jeden przedstawiciel tej rasy. Zaczęłam więc polowanie na heelerki – wertowałam internet szukając dokładniejszych danych oraz miejsc, w których można podejrzeć te cuda.
(Na romanticznym zdjęciu powyżej znajduje się Kotisaaren Adeliina.)

Szukając informacji trafiłam na Klub Welsh Corgi i Lancashire Heelera i okazało się, że na wiosenną klubową wystawę zgłosiły się heelerki z Finlandii. Szybciutko zarezerwowałam sobie termin, Najlepszego Męża zachęciłam informacją „będzie corgi, dużo corgi” (on ma lekkiego świra na punkcie tej rasy). I podjęliśmy decyzję o stawieniu się cała rodziną na wystawie. Cóż to, że miała ona mieć miejsce na drugim końcu kraju w Mosznej w przypałacowym parku. Siedem heelerków i możliwość odpytania kogoś, kto zna te psy, to była dla mnie nie lada gratka – jeździłam już dalej tylko po to, żeby pogapić się na psy. A później usiadłam i cierpliwie czekałam ponad miesiąc na ten ważny dla mnie wyjazd.

Muszę przyznać, że nie wiedziałam jak to wszystko będzie wyglądało. Nigdy nie byłam na wystawie klubowej (odwiedzałam duże psie imprezy tego rodzaju) i trochę się bałam kameralnej atmosfery. Wyobrażałam sobie to mniej więcej tak: Wszyscy uczestnicy stoją dookoła ringu i przyjacielsko rozmawiają. Nadchodzimy my (ja i Najlepszy Mąż) i wszyscy równocześnie się odwracają ze zdumieniem i dezaprobatą wypisanymi na twarzach – „co to za obcy ludzie tu przyleźli”. Na szczęście w praktyce było to dużo przyjemniejsze przeżycie.

Lajsona zostawiliśmy na cały weekend w Warszawie pod opieką Najlepszej Siostry, ponieważ chciałam całkowicie skupić się na celu naszej wyprawy, a nie na opiece nad własnym psem. W niedzielę 26 dojechaliśmy do Mosznej chwilę przed rozpoczęciem, czyli koło 11. Kolejność oceniania psów była następująca: Cardigany, Pembroke’i i na samym końcu heelerki. Nie spodziewałam się jednak, że impreza będzie trwała prawie cały dzień, to znaczy aż do godziny 17. Udało nam się wytrwać do końca.

Po drodze do pałacu.

Widok od strony parku.

Dla nas było to trochę zbyt długo, by cały ten czas spędzić przy ringu. Jednak wydaje mi się, że większą część dnia spędziliśmy właśnie tam, a nie było to łatwe zadanie. Szczególnie biorąc pod uwagę, że podczas oceny Pembroke’ów, kiedy zbliżało się wyjście heelerków zaczęło padać i muszę przyznać, że chyba byliśmy najmocniejszymi zawodnikami – twardo stojącymi przy namiocie sędzi. Nawet w tym krytycznym momencie Najlepszy Mąż, który prawie cały czas przy ringu od pierwszych minut poświęcał na robienie zdjęć psom nie zaprzestał tego procederu. Ja w tym czasie chłonąc piękno corgi podpierałam drzewo, które co prawda miało zbyt mało liści, żeby ochronić mnie przed deszczem, za to zostawiło urokliwe zielone smugi na mojej różowej bluzie.

W międzyczasie robiliśmy sobie krótsze i dłuższe przerwy. Trzeba przyznać, że pogoda mimo wszystko dopisała, bo przez większą część dnia świeciło słońce, było ciepło, być może do opadów było nieco zbyt duszno. Dodatkowo pałac i park w Mosznej to miejsce, w którym można przyjemnie spędzić czas.
Najpierw poszliśmy na momencik napić się czegoś chłodnego do stoiska przy pałacu (nie bardzo chciało mi się wpełzać do tłocznej pałacowej restauracji), zaś chwilę później zwabił nas tam ponownie zapach karkówki z grilla, więc zmówiliśmy jedzenie.

Dwa razy wybraliśmy się też na spacer po parku, który naprawdę mi się spodobał. Po dwóch stronach głównej alei płyną tam duże strumienie (lub małe rzeczki), nad którymi znajduje się kilka mostków łączących ją z bocznymi ścieżkami. Na całym terenie rosą dorodne drzewa, a nad wodą największe rododendrony jakie w życiu widziałam. Nieco na uboczu znajdziemy też staw i łąkę, a przy mniejszych dróżkach stare przyrządy do ćwiczeń opatrzone tablicami z numerami i rysunkowymi uproszczonymi instrukcjami i nazwami ćwiczeń (całość prawdopodobnie pamięta poprzedni ustrój – taki klimat). Ten ostatni element sprawia, że dość elegancki park staje się bardziej swojski.

Podczas ładnej pogody w parku robi się tłoczno.
Potężne „rondondrony”.
Ćwiczę.
I jeszcze trochę udaję, że ćwiczę.

Jeden spacer poświęciliśmy na szpiegowanie heelerów. Skorzystaliśmy z okazji, że przebywające przez prawie cały czas w klatkach w namiocie pieski zostały wyprowadzone na spacer i ośmieliliśmy się podejść do wyprowadzającej je pani i troszkę popytać o rasę. Co prawda przez wrodzoną nieśmiałość moją i brak przekonania Najlepszego Męża (który mimo wszystko był absolutnie cudowny) całość zapoznania wyszła nam dość pokracznie i mam nadzieję, że właścicielki heelerów nie wyjechały od nas z kraju z przekonaniem, że grasują tu wściekli stalkerzy. Cóż… trzeba zdobywać pierwsze szlify w osaczaniu zagranicznych hodowców ras rzadko spotykanych – przyda się na przyszłość.
Znaleźliśmy też czas na wylegiwanie się w słońcu na trawie i podglądanie psów odpoczywających i bawiących się na trawniku. Rzadko zdarza nam się tak leniwy weekend bez spinki. Było świetnie.

Na pierwszym planie wygrzewa się Happy Heart Corgi’s Way, a w tle widać jej równie śliczną siostrzyczkę Happy Honey Corgi’s Way.

Wracając do tematu wystawy przyznam, że trudno mi ją ocenić, ponieważ jak wspomniałam nie mam zbyt dużego doświadczenia z tego rodzaju wydarzeniami. Atmosfera była wyraźnie przyjazna, ale czego innego spodziewać się po ludziach, którzy wybierają na towarzysza przedstawiciela takiej wesołej i sympatycznej rasy. Dla osoby „z zewnątrz” zamiast rywalizacji całość przypominała przyjacielskie spotkanie miłośników rasy.
Bardzo podobała mi się również postawa sędzi Eliny Haapaniemi . Widać, że była ona skupiona i życzliwa pomimo wielu godzin pracy na ringu. Była spokojna i cierpliwa zarówno w stosunku do ludzi jak ich podopiecznych. A wydaje mi się, że ocena psów, wcale nie jest takim łatwym zadaniem. Nie tylko trzeba oddać sprawiedliwość wszystkim uczestnikom, co wymaga wysiłku umysłowego, umiejętności szybkiej oceny i oczywiście doskonałej znajomości wzorca. To też zadanie trudne fizycznie – wiele godzin stania i dreptania, w tym wypadku w zmiennych warunkach atmosferycznych – na słońcu i w deszczu (chociaż ring był ustawiony w bardzo dobrze wybranym miejscu, częściowo osłoniętym drzewami). Tak profesjonalna postawa bardzo mi imponuje.

Nie ma to jak wyrośnięty szczeniak cattle doga – szaleństwo na ringu zapewnione 🙂 Mi przypomina to trochę tych golasów, którzy wyskakują na meczach piłki nożnej i biegają po boisku.
Cudowny nakrapiany nosek Happy Honey Corgi’s Way.
Trochę wątpiąca z powodu deszczu, w którym przyszło jej się prezentować, ale pomimo tego śliczna Polisia Kusa Milisie.

 

BIS: 1. Mapleleaf Wisus the Knight in Black
2. Miliisin Lurjuz Mc’Tudor
3. Dreamcardis Never Give Up

Podsumowując: Taka „piknikowa” leniwa wystawa w pięknym parku, to świetny sposób na spędzenie leniwego dnia. Mam nadzieję, że za jakiś czas uda nam się przy podobnej okazji zaznać więcej emocji np. dzięki wystąpieniu w roli właścicieli wystawianego psa.

Na koniec w ramach deserku klika zdjęć Lancashire Heelerów – najcudowniejszej rasy na świecie:

Mustan Linnan Kimrooki. Dowód na to, że heelerki słodko i bystro paczą.
Miliisin Lurjuz Mc’Tudor. Dowód na to, że heelerki patrzą też słodko i bystro na obcych (w tym na fotografów).
Miliisin Luvinia Mc’ Tudor. Potrafią też ślicznie chodzić przy nodze.
Miliisin Lurjuz Mc’Tudor. Oraz zaciekle się szarpać.
Marmalade’s Indian Dream. I kochają jedzonko.

6 thoughts on “Okiem laika: wystawa Klubu Welsh Corgi i Lancashire Heelera w Mosznej (26.IV.15)

  • 13/05/2015 at 18:27
    Permalink

    Zamek w Mosznej to świetna sprawa i ten park, w którym można wypocząć. Żałuję, że nie wiedziałam wcześniej o tym wydarzeniu – bo chętnie bym się wybrała. Pacząc na to, że ja mam do Mosznej "rzut beretem" a Ty musiałaś tyle kilometrów przejechać! Powiem szczerze, że nie słyszałam wcześniej o rasie, którą sobie tak upatrzyłaś;)
    Shusha Schroniskowy Spaniel

    Reply
    • 13/05/2015 at 21:23
      Permalink

      Moszna jest super (jakkolwiek by to nie brzmiało :D). Tam chyba jest więcej wystaw organizowanych.
      Ja prawdopodobnie słyszałam o niej wcześniej jednak zainteresowałam się dopiero w tym roku 🙂

      Reply
  • 15/05/2015 at 11:46
    Permalink

    Musimy kiedyś zobaczyć tą Mosznę i cudaczki i heelerki 🙂 słodkie psiaki, niby wiejskie burki, ale mają bystre oczko

    Reply
  • 28/06/2015 at 19:59
    Permalink

    Już od dawna tu zaglądam, ale dopiero teraz odzywam się, z własnym psim blogiem. Aż sobie wyguglałam od razu te heelery, nawet nie wiedziałam, że taka rasa istnieje! Takie poczciwe pieski, fajniutkie! Dłuższe niż wyższe, zupełnie jak mój Bąbel. Dopiszę mu do kundelkowego rodowodu, że ma coś z heelerów 😉

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *