Podróże

Zwierzyniec, Zamość oraz Lublin raz jeszcze

Drugiego dnia naszej wycieczki, nie wiedząc co jeszcze ciekawego można zobaczyć w Lublinie, udaliśmy się do Zwierzyńca. Od razu się w nim zakochaliśmy – jest absolutnie uroczy, piękny, ciekawy i wygląda na miejsce, w którym nie da się nudzić. Zaparkowaliśmy w środku miasteczka tuż przy jeziorku, na którym na wyspie znajduje się kościół (na zdjęciu po lewej) i tradycyjnie ruszyliśmy na spacer. Zobaczcie sami jak tam jest wspaniale 🙂

Tak wygląda miejskie jeziorko (w oddali widać restaurację, do której nie wolno wprowadzać zwierząt):

Kościół na wyspie (podobno procesje dookoła kościoła odbywają się tam w kajakach):

A na lądzie przed kościołem można znaleźć takie „pieskowe” ławeczki:

Jedną z atrakcji jest zabytkowy browar. Jak widać na dziedzińcu rozstawione są leżaki przed dużym ekranem, czyli kino letnie jest grane, a po prawej stronie ilość rowerów sugerująca wypożyczalnię. To chyba fajne perspektywy na lato?

Przez Roztoczański Park Narodowy udaliśmy się nad stawy Echo. Trzeba pamiętać, że na niektóre ścieżki w Parku wstęp jest płatny (bilety można kupić przed wejściem do parku). Psy w Parku muszą  przebywać na uwięzi i w kagańcu, co jednak sprawdziłam sobie sama w internecie po fakcie, bo nie ma żadnego oznakowania, które dawałby nam takie wskazówki. Oczywiście towarzyszące nam czworonogi wstęp mają tylko na wybrane ścieżki.
Na miejscu okazało się, że jest tam spora plaża (znów ze strony Parku dowiedziałam się, że psy nie mogą na nią wchodzić – zero oznaczeń):

Oraz chodniczek dookoła:

Natomiast w oddali widać było stado pasących się koników polskich:

Jedną z atrakcji jest dzielnica klimatycznych drewnianych domów z 20-lecia (Borek). Tu jeden domek przy ulicy Monopolowej (piękna nazwa, nie?):

Następnie udaliśmy się do Zamościa. Przyznam, że się ucieszyłam, bo była to moja pierwsza wizyta w tym mieście, w którym chyba nie wypada nie być.
Pierwsze co zobaczyliśmy, to pomnik kuli (???) na placu, przy którym zaparkowaliśmy (myślę, że to na moją cześć, bo ja się zawsze śmieję, że dążę do ideału, a przynajmniej idealnego kształtu):

Od razu udaliśmy się na rynek z charakterystycznym ratuszem:

Niestety w Zamościu nie zabawiliśmy długo, bo potworny upał i tłoczne targowisko urządzone (piknik?) w samym środku miasta wygoniły nas z niego:
Jeszcze tylko rzut okiem na zabytkowe ormiańskie kamienice:
I inne romantyczne widoczki:


I udaliśmy się na obiad do Lublina, do wcześniej upatrzonego Św. Michała. Pierwsze co mi się spodobało to wystrój (weszliśmy do środka, bo na zewnątrz nie było miejsc) oraz brak kręcenia nosem na psa. Od razu zaproponowano nam miskę wody dla psa i znów biorąc pod uwagę upał ochoczo na to przystałam. Lajeczka, po wyżłopaniu połowy swojej ułożyła się po stolikiem i prawie cały czas spała. widać było, że ma już zdecydowanie dość tych podróży.
Zamówiłam burgera (ależ ja jestem oryginalna), który podawany był z frytkami i zestawem surówek. Niezły (szczególnie mięsko było dobre) jednak nie spełniał mojego warunku – był ogromny i nie dało się go zjeść nie używając sztućców, choć oczywiście próbowałam. Surówki (z kapusty i prawie mizeria) wciągnęłam siłą woli, a frytki już tylko poskubałam. Co jest z tym Lublinem? Czy wszyscy lublinianie mają jakieś nieograniczone żołądki? Było to kolejne miejsce, gdzie porcje były bardzo duże, a lokalna ludność (w tym szczupłe malutkie niewiasty) zjadała je bez mrugnięcia okiem. Najlepszy Mąż zamówił forszmak (coś w rodzaju zupy gulaszowej) oraz szaszłyk – bardzo ciekawie serwowany na małym rożnie nad płonącą rynienką (zdjęcie poniżej – niestety ogień nam zgasł). Nie narzekał, to chyba dobre było – będę musiała dokładnie podpytać. Jedyny zgrzyt to pierogi dla naszej towarzyszki. Miała ona straszną ochotę na danie mięsne, więc bardzo się ucieszyła, gdy kelnerka na jej pytanie o pierogi powiedziała, że są z mięsem (w karcie nie było opisu jakie jest nadzienie). Jakie było jej zdziwienie, gdy okazało się, że dostała cały talerz ruskich. Nasza koleżanka nie jest z tych „awanturnych”, więc udało jej się tylko ze smutną minką wymruczeć protest do obsługi – dostała zniżkę 50% na te pierogi, ale w zasadzie nie o to chodziło, więc i tak było jej smutno. Trudno, każdy może się pomylić.
Miejsce polecam,głodnym szczególnie kuchni regionalnej 🙂

Święty na suficie:

Regionalny burger (no dobra, był z regionalnej wołowiny):

W końcu (planując już kolejny wypad) wróciliśmy do domu.

Może Ci się spodobać

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Martyna
    19/06/2014 o 17:37

    Przypomniałaś mi moje wakacje 2012- spałam w internacie szkoły, byłam w tym kościele, siedziałam na pieskowej ławeczce, oglądałam koniki polskie, pływałam na kąpieliskach przy stawach echo i mam ochotę tam wrócić

    • Odpowiedz
      filozof
      19/06/2014 o 18:37

      Ja byłam tylko kilka godzin, ale też mam ochotę wrócić 🙂

  • Odpowiedz
    Ola Mikler
    20/06/2014 o 16:13

    Ładne miejsce. Plaża jest super. Ale jestem ciekawa jak wygląda kwestia tych ograniczeń, czy ktoś by się przyczepił/ próbował wlepić mandat skoro nie jest nigdzie to wyraźne napisane.

    • Odpowiedz
      filozof
      30/06/2014 o 12:58

      Nie wydaje mi się – nie widziałam tam nikogo kto by pilnował porządku. Prawdopodobnie jednak czepiali by się opiekunowie dzieci (bo wiadomo, że psy przenoszą choroby, a dzieciaczki są takie czyściutkie 😉 ) – to się często zdarza.

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *