Zawody

Zawody Treningowe o Puchar Power Dogs (14.VI.15), czyli o tym jak cieszą małe sukcesy

Na treningowe zawody agility zgłaszam się nieczęsto, a na normalne nasz „dnowodorostowy” poziom niestety nie pozwala. W ubiegłym roku jakoś nie było okazji by poszaleć. Natomiast w tym praca i inne obowiązki nie bardzo dawały mi takie możliwości. Jednak kiedy ogłoszono zawody na Placu Agility (miejsce w którym trenujemy) stwierdziłam, że nie wypada nie wziąć w nich udziału. Podjęłam szybką decyzję i zarejestrowałam nas prędko, bo miejsca na liście startowej znikały jak świeże bułeczki.


Trochę miałam wątpliwości jak nam pójdzie start, bo nie ćwiczyliśmy ostatnio tak pilnie jakbym tego chciała. Z minimum dwóch stałych treningów tygodniowo zrobił nam się przed zawodami mniej więcej jeden (albo jeszcze mniej), co było głównie pańciową zasługą – trzeba pracować, boli nóżka, przeziębionko, rodzinna impreza itd. itp. Poza tym niektórych przeszkód w ogóle nie miałyśmy czasu sobie powtórzyć.

Dobrze… przyznam, że tych wątpliwości miałam nieco więcej. Do tego stopnia, że dzień przed zawodami zastanawiałam się, czy jednak z nich nie zrezygnować. Nie dlatego żebym się jakoś szczególnie bała, że piesa znów będzie wydziwiać i nas ośmieszy – porażka i hańba naszym chlebem powszednim ;).  Zwyczajnie nieco szkoda mi było wolnej niedzieli na jakieś nieskoordynowane pląsy na torze. Jednak zapowiadano piękną pogodę i pomyślałam sobie, że w najgorszym wypadku spędzimy przyjemny dzień w miłym towarzystwie (widziałam, że zgłosiło się kilka znajomych osób) leżąc na trawie i opalając się (tak, Lajka też lubi powygrzewać się na słońcu), a dodatkowo poćwiczymy sobie – w końcu to zawody treningowe.

Na Placu stawiłyśmy się rano, ponieważ w przypływie ciężkiego zaćmienia umysłowego zgłosiłam się do pomocy przy różnych niezbędnych do odbycia się zawodów czynnościach – takich, jak: ustawianie toru, rejestracja uczestników itp. Oczywiście jako jednostka słabo dostosowana do życia w społeczeństwie głównie błąkałam się to tu to tam zachowując jednak tyle przyzwoitości by lekko udawać, że jednak coś niecoś pomagam. W końcu oddelegowano mnie na chwilę do rozdawania pakietów startowych, co zrobiłam z właściwym sobie wdziękiem, więc przepraszam wszystkich, którzy się na mnie natknęli – ta baba z niemym wyrzutem na twarzy wciskająca wam siateczki z dobrami materialnymi to byłam ja.
Może to mój osobliwy urok, a może wyraz totalnego braku inteligencji na twarzy pojawiający się natychmiast po tym jak zostanę o coś poproszona sprawił, że przez większość czasu zostawiono mnie w spokoju. Chociaż miałam kilka ważnych zadań: narysowałam krzywe tabelki ze zbyt małą liczbą pozycji, poprawiałam miękki tunel po przebiegach bardziej energicznych psów (tak, osoba z drugiego końca placu nieraz zdążyła mnie w tym ubiec) oraz zapisywałam na bieżąco wyniki psów – do tej pory nie mam pojęcia co ja robiłam i w jakim formacie miał być czas.

Gdy znalazłam chwilę wolnego czasu, przysiadłam się do koleżanek, które znalazły sobie miejsce z boku pod tujami przy samym wejściu na na start, rozłożyłam krzesło, kocyk i miskę dla psa, zrzuciłam resztę naszych gratów i zaczęłam opalanie.
Lajka jest mediumem, co nie oznacza niestety, że ma parapsychologiczne zdolności, ale że startuje w kategorii psów średniej wielkości. Na ogół skutkuje to tym, że starujemy gdzieś pośrodku czasu przeznaczonego na dana konkurencję (pomiędzy smallami i large’ami). Najpierw czekaliśmy na Agility 0 (tor bez slalomu, huśtawki i koła), a następnie miał odbyć się Jumping 0 (tor ułożony z hopek i tuneli). Przy każdej konkurencji uczestnicy mieli dwa przebiegi: pierwszy treningowy podczas, którego można (a nawet należy) uczyć się, wolno też nagradzać psa oraz drugi z liczonym czasem, który był brany pod uwagę w klasyfikacji. Zawodnicy (zarówno psy, jak i ich opiekunowie) mieli czas na odpoczynek ponieważ w każdej klasie wzrostowej najpierw biegano pełną kolejkę biegów treningowych, a dopiero po niej następowały właściwe przebiegi.

Nie wiedziałam w jakim nastroju będzie Lajka (u niej bardzo wiele zależy od tego jaki ma dzień), więc na torze starałam się być skupiona przede wszystkim na niej. Zdecydowałam też, że nie będę przejmować się naszą szybkością (z którą mamy problem w agility, bo w krzakach to Lajce zawsze się włącza tryb „cała naprzód”), za to postaram się pobiec bez błędów.
Tak wyglądał nasz przebieg Agility 0:

Kiedy zeszłyśmy z toru i koleżanka powiedziała nam, że wygrywamy, myślałam, że sobie z nas żartuje. Kto? My? To niemożliwe. My jesteśmy od „krzywych akcji”, długich czasów i piętnastu odmów – my nie wygrywamy, lecz ubolewamy nad własną niedoskonałością. Pogrążamy się w cierpieniu i marazmie. A całkiem serio: po prostu akceptujemy nasze niedoskonałości i pracujemy nad nimi.
Nie do końca pewna co robimy, ale widząc już, że nie jest najgorzej wystartowałam z Lajsonem w jumpingu, co wyglądało mniej więcej tak (niestety film na początku jest ucięty – nie widać pierwszej przeszkody):

Jak mogliście zobaczyć na filmie – trochę pokracznie, ale całkiem nieźle nam poszło. Muszę też dodać, że oba „właściwe” przebiegi (te przedstawione na filmach) były odrobinę lepsze od treningowych z czego jestem bardzo zadowolona. Na tym skończyło się nasze bieganie tego dnia. Rozważałam co prawda wzięcie udziału w charytatywnej tuneliadzie, ale widziałam, że upał mocno wymęczył Lajkę i stwierdziłam, że zasłużyła na odpoczynek.

Efekty naszego biegania tego dnia to:
– 1. miejsce w Agility 0 Medium
– 2. miejsce w Jumping 0 Medium
– niewymowna radość pańci, że z Lajsona chyba jeszcze da się coś wycisnąć.
I jakby tego było mało dostałyśmy puchar – to znaczy jeden z tych tytułowych pucharów. Oznacza to, że w „zerówkach” byłyśmy najlepsze wśród psów medium.

Na pamiątkę tego historycznego przełomowego momentu mam piękne zdjęcie, na którym pozostali zwycięzcy z pucharami (small i large) koncentrują się na swoich psach, a ja macham pucharem. Takie tam carpe diem. Ten puchar, choć plastikowy, jest symbolem naszej ciężkiej (acz przyjemnej) pracy. I myślę sobie, że warto celebrować takie małe zwycięstwa szczególnie, że dla mnie to było głównie zwycięstwo ze samą sobą. Tak jak napisałam wcześniej: biegając nie koncentruję się na innych, nie porównuję się do innych – reszta świata może sobie „pójść w diabły”. Kiedy jestem w stanie całkowicie skupić się na bieganiu z psem udaje nam się wszystko dużo lepiej, chociaż trudno mi czasem oderwać się od codziennych trosk.

Jakiś czas po rozdaniu nagród (a tych udało nam się zgromadzić całkiem sporo – niech żyją sponsorzy!), jeszcze w trakcie trwania tuneliady wróciłyśmy do domu. Widziałam, że nawet Lajka była już zmęczona. Była to dobra decyzja, bo po powrocie odkryłam, że szczypie mnie opalony kark, a mój podstępny plan opalenia nóg bez wysiłku, przez siedzenie na krzesełku sprawił, że miałam opalone tylko kolana. Tak, więc nie wszystko tego dnia poszło zgodnie z planem. W zasadzie wszystko się ułożyło zupełnie inaczej z czego jestem szalenie zadowolona.

Może Ci się spodobać

6 komentarzy

  • Odpowiedz
    Oto Janka
    06/07/2015 o 21:53

    Jak dla mnie, to wcale nie wygląda na mały sukces!
    Gratulacje 🙂

  • Odpowiedz
    bohunpies
    07/07/2015 o 09:57

    Plastikowy puchar dostaje się nie co dzień 😀 fotka z machaniem jest genialna.Wiedziałam, że zdolne z was bestie, tylko biadolicie 😉

    • Odpowiedz
      filozof
      09/07/2015 o 19:05

      Fotka owszem : wszyscy skupieni na psach, tylko ja robię "co tam pies! Mam puchara!" 😉

  • Odpowiedz
    Pies w Warszawie
    09/07/2015 o 04:32

    No brawo! Czytam wpis – z początku widzę ubolewanie nad nieregularności treningów, a na końcu dowiaduję się o aż dwóch wygranych. Cóż za zwrot akcji 😀 Super Ewelina, gratulacje dla Lajsona i medal dla Waszej współpracy 🙂

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *