Podróże

Zagrzeb z psem, czyli „Wiesz co się liczy? Szacunek ludzi Ilicy”

O rany, jak ten tytuł brzmi. Co ja mam z tym psem zagrzebać? Kość? To bardziej w stylu psa. Zwłoki? Nie będę pisała, że to w stylu pańci. Oczywiście chodzi o nasze wczasy w Zagrzebiu w środku zimy (brrr…).
Dodam, że to co widzicie na zdjęciu po lewej, to jedna ze starych chorwackich tabliczek oznaczających ubezpieczenie, które znajdują się na budynkach – na mieście jest ich całkiem sporo i przyznajcie, że są klimatyczne.

Na przełomie roku było prawie pięknie i mroźno. Zagrzeb w trakcie oraz tuż przed naszym przyjazdem został pokryty śniegiem, więc w czasie naszej wycieczki całe miasto było oblodzone i udekorowane zwałami przybrudzonego już śniegu. Nie jest on wielkim
miastem, więc zwiedzaliśmy go głównie spacerem, potykając się, ślizgając i brudząc śniego-błotem. Zresztą mieszkaliśmy
przy jego głównej ulicy – Ilicy, więc wystarczyło wyjść z domu i iść za
tramwajami w stronę centrum.
Poniżej ulica Ilica:

Na zwiedzanie wybraliśmy poniedziałek,
zaczęliśmy od kawki w LAUBIE,
a potem ruszyliśmy na poszukiwanie psiego domku. Bo wieść niosła, że na
jednym z licznych adwentowo-świąteczno-noworocznych jarmarków znajduje
się domek dla psów, w którym rozdają smakołyki. Miał to być jarmark u stóp ekhm… kolejki na wzgórze. Jak zobaczycie na załączonych zdjęciach wzgórze Zagrzebskie, to raczej nie jest góra Gellerta i w porównaniu do kilku innych kolejek w miastach europejskich ta prezentuje się dość skromnie. Przy czym ceny przejazdu podobno są straszliwe. Napisałam „podobno” ponieważ, gdy my byliśmy w Zagrzebiu cena była dość niska, natomiast mówiono nam, że generalnie jest bardzo wysoka, z czego wnioskuję, że w sezonie obowiązuje inny cennik.
Domku dla psów nie znaleźliśmy, za to odkryliśmy bardzo fajne stoisko psiej piekarni, gdzie oprócz zwykłych ciastek można było też kupić tort, „makowiec”, czy muffiny. Oczywiście wszystko z produktów nieszkodzących psom, zdrowych, bez konserwantów itp. Skusiliśmy się na paczkę ciastek i kawałek tortu (który wbrew pozorom nie jest pokryty polewą czekoladową). Nie chcecie wiedzieć jak ja żywię Lajkę na wyjazdach 😉

I jeszcze kolejka z góry (na którą „wspięliśmy się” nieco później):

Następnie udaliśmy się na główny plac miasta – bana Josipa Jelačicia (jego konny pomnik znajduje się na placu). Po chorwacku plac to „trg”. Zawsze zastanawiało mnie jak oni wymawiają te absurdalne zbitki liter jak wspomniany „trg” czy „krk” i w końcu odkryłam tajemnicę – podczas wymowy dodają w środku „y” – trzeba tylko dobrze wyczuć gdzie dokładnie to „y” wrzucić.
Na placu zjedliśmy śniadanie w postaci nabytych w piekarni burków z mięsem i serem. Wspominałam wcześniej o fantastycznych chorwackich wypiekach. Oczywiście podzieliłam się moim burkiem z moim burkiem 😉
Przy fontannie znajdującej się na placu nasza przewodniczka w postaci Najlepszej Siostry opowiedziała nam legendę o powstaniu miasta. Było zdaje się w niej coś o „zagrzebaniu w źródełku”, ale wybaczcie, że nie streszczę, bo tej pory nie bardzo rozumiem.

Kolejnym obowiązkowym punktem jest katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Większość Chorwatów to chrześcijanie (katolicy) – ten kościół jak można się było spodziewać jest katolicki i bardzo podobny do naszych – krajowych – w środku były choinki, szopka, może jedynie piosenki puszczane z głośników były nieco bardziej laickie niż u nas.
Oczywiście nie próbowaliśmy przemycać Lajsona udając, że to element żywej szopki – piesa poczekała na nas na zewnątrz.

W Zagrzebiu jest też kilka fajnych targów, na których można zaopatrzyć się w jedzenie (np. świeże owoce i warzywa). Myślę, że klimat latem może bardziej sprzyjać takim zakupom. My niestety z tej atrakcji nie skorzystaliśmy (szkoda, bo ponoć można próbować przed zakupem).
W niedzielę natomiast warto zajrzeć na targ staroci Hrelić obok jeziora Bundek, na którym można  nabyć prawie wszystko m.in. pamiątki z byłej Jugosławii, polskie zupki w proszku, ubrania, zwierzęta i kałasznikowa 😉

Z grzeczności jeszcze wspomnę, że minęliśmy parlament Chorwacki (na zdjęciu poniżej, to ten niepozorny budynek z flagami – po prawej) i obeszliśmy kościół z kuną na dachu (św. Marka).

Zajrzeliśmy też do Museum of Broken Relationships. To bardzo specyficzne miejsce, które może się podobać lub nie. Na początku była to wystawa w kontenerze wędrującym po świecie, teraz jest to stacjonarne muzeum ze zmieniającą się wciąż ekspozycją – eksponaty ze względu na ich dużą ilość są wymieniane cały czas, a wciąż dochodzą nowe.
W tym muzeum opowiadane są historie przerwanych/zakończonych związków/relacji różnego rodzaju – zarówno romantycznych, przyjacielskich, jak i tych łączących dziecko z rodzicem. Każda historia opowiedziana jest za pomocą eksponatu najlepiej reprezentującego związek (np. zabawki, elementy garderoby, gadżety – wszystko co tylko można sobie wyobrazić) i opisu – czasem jest to jedno podsumowujące zdanie, czasem długa i smutna historia. Jeśli się człowiek zaczyta, to można tam spędzić i pół dnia.
Nie wiem czy można zwiedzać z psem (prawdopodobnie tak), jednak w muzeum znajduje się psiolubna kawiarnia, więc nie ma problemu by w razie czego jedna osoba poczekała z psem w całkiem godziwych warunkach.

„Najpsiejszy” eksponat:

Kiedy wyszliśmy z muzeum zaczęło się ściemniać. Lajka (co widać na poprzednich zdjęciach) od dłuższego czasu chodziła już w ubranku, a robiło się coraz chłodniej.

Wpadliśmy również do parku Zrinjevac. Zimą jest pięknie udekorowany światełkami  z główną aleją zajętą przez nastrojowy jarmark. Natomiast latem to miejsce w centrum miasta przyciąga tłumy młodych ludzi – podobno jest tu romantycznie i imprezowo. Młodzież chętnie urządza tu pikniki – chociaż nie wiem czy to odpowiednie słowo. Zapomniałabym napisać: w Chorwacji nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych.

Na placu pomiędzy Pawilonem Sztuki, a Dworcem Głównym znaleźliśmy fantastyczne, wielkie lodowisko.

My pojechaliśmy tam ostatniego dnia pobytu tuż przed odjazdem (fatalny błąd), ale muszę napisać, że miejscem, które absolutnie należy w Zagrzebiu odwiedzić jest Cmentarz Mirogoj. Przepiękne, refleksyjnie nastrajające miejsce (które jednak zwiedzaliśmy bez psa).

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *