Podróże

Zagrzeb latem

W tym roku Lajson miał szansę na krótki wakacyjny wypad do Chorwacji. Znów zawitałyśmy do Zagrzebia, który pokazał nam się z zupełnie innej strony niż zimą.  Okazuje się, że jest to miasto pełne życia, nieźle zapsione, a latem dość przyjazne czworonogom. Czy zalana słońcem, upiornie gorąca stolica da się lubić? Myślę, że Warszawa już to udowodniła, a Zagrzeb dodatkowo utwierdza nas w tym przekonaniu.

Przez tydzień gościłyśmy w mieszkaniu przy placu Republiki Francuskiej, który znajduje się blisko centrum miasta i głównej ulicy Ilicy. W pierwszej chwili mogłoby się wydawać, że to nie najlepsza lokalizacja dla psa, jednak okazało się, że trafiłyśmy całkiem nieźle. Z okna miałyśmy widok na skwerek i chociaż był on w większej części zajęty przez małe boisko i plac zabaw dla dzieci, to dookoła niego cały czas widać było ludzi spacerujących z psami. Mocno mnie zaskoczyło, że mieszkańcy miasta poranną kawę piją nie tylko
bardzo wcześnie, ale robią to w kawiarniach w związku z czym moje „poranne grzeszne dookoła placu na szybkie
psie siku” (prawie jak dookoła bloku) miało zawsze wdzięczną widownię w postaci klientów kawiarni działającej na parterze naszej kamienicy. Nic sobie jednak z tego nie robiłam i najlepszą warszawską letnią modą korzystałam z wakacyjnego luzu spacerując w piżamie (tank top i dresowe spodenki to chyba nie jest najgorszy grzech przed śniadaniem). Też tak robicie?

Tuż obok, granicząc z naszym placem znajdował się większy plac doktora Franja Tudjmana. Jak szybko dowiedziałam się od Najlepszej Siostry, to nieformalne miejsce spotkań psiarzy z okolicy oraz teren, na którym odbywają się szkolenia. Jeśli ma się ochotę na psio-ludzkie towarzystwo,  warto się tam wybrać dowolnej porze, ponieważ ruch jest cały czas, a Chorwaci są otwarci i towarzyscy (przynajmniej ci z psami). Jeżeli akurat nie zwiedzaliśmy, ani nigdzie nie jechaliśmy, to właśnie tam odbywałyśmy nasze spacery. W zasadzie to gigantyczny trawnik otoczony dorodnymi drzewami. Ważne jest też, że sporo na nim koszy na śmieci oraz dodatkowo na psie odchody wraz z podajnikami woreczków – niektóre były nawet uzupełnione.

Plac Tudjmana:

Kosz na psie odchody (zdjęcie robione w pośpiechu, więc nie zdążyłam wybrać ładniejszego egzemplarza):

W kwestii wybiegów dla psów muszę przyznać, że nie sprawdziłam ile jest ich w Zagrzebiu. Osobiście zauważyłam jeden. Jednak nas nie skusił – nie wybrałyśmy się na niego, ponieważ był mniej więcej tak świetnie skonstruowany jak większość  wybiegów Warszawskich. To znaczy, że na środku wielkiego trawnika wydzielono otoczony siatką nie za duży prostokąt. Jeżeli dobrze pamiętam to był raczej pusty zarówno jeśli chodzi o wyposażenie jak i psy.

Zagrzeb jak każde miasto pełen jest rozwiązań mniej lub bardziej przyjaznych psom. Z tego co zauważyłam do sklepu z psem nie wejdziemy. Za to przy jednym z mniejszych marketów przy Ilicy zauważyłam haczyk do przyczepienia psa. Sklep należał do największej Chorwackiej sieci (Konzum), a na tabliczce znajdowała się reklama ich własnej marki karmy dla psów. Słaby sposób reklamy, a cała opcja nie do zaakceptowania na wąskim chodniku przy ruchliwej ulicy w środku miasta.

Natomiast w uliczce nad kolejką (takim lokalnym mini-funikularkiem), gdzie sporo było budek z jedzeniem, w kilku miejscach widziałam porozstawiane pod drzewami miski z wodą – przy temperaturach jakie wtedy były, to prawdziwe wybawienie dla psów. Piesa z publicznej wody nie skorzystała – dzielenie się miską obce jest Lajsonowej hrabiowskiej natrze i mogłabym przysiąc, że na jej pysku widzę wyraz obrzydzenia kiedy proponuję jej miseczkę, z której pił inny pies. Jednak i jej upał dał się we znaki do tego stopnia, że porzuciła wszelkie konwenanse i z radością taplała się w każdym napotkanym zbiorniku wodnym. Zaczęła od fontanny na centralnym placu bana Josipa Jelačića, gdzie nawet nie zdążyłam mrugnąć jak zrobiła chlup do wody. Troszkę taki to był wstyd, bo niby nie wypada, a jednak jej zazdrościłam, bo chętnie podążyłabym za jej przykładem.

Jedne z misek w alejce nad kolejką:

Trg bana Jelačića, gdzie jak widać pewna pani postanowiła nam pozować i zrobiła to lepiej niż Lajka:

Lajka gramoląca się z fontanny na wspomnianym placu:

I po kąpieli na brzegu fontanny w parku Zrinjevac:

Na ulicy Tesli udało nam się zlokalizować lokalną psią piekarnię. Tę samą, na której stoisku zimą, na jednym ze świątecznych jarmarków kupiłyśmy ciastka i kawałek tortu, którym rozpieszczałam piesę podczas śniadania. Tym razem nie skorzystałam. Tylko zajrzałam przez szybkę. Myślę, że mój niejadek w upale raczej nie reflektowałby na ciasteczka i szkoda było naszego czasu na takie atrakcje. Nie pierwszy raz Lajson pokazałaby producentowi jedzenia dla psów, co sądzi o posiłkach niezawierających świeżej wołowiny.

Piekarnia:

Tym razem jadąc do Zagrzebia miałam pewne marzenia, wyobrażenia i ustalone cele. Głównie takie, których zimą nie udało mi się zrealizować. Mój numer jeden to: udać się nad Bundek  – jeziorko otoczone parkiem. Dodatkowo na końcu ulicy, przy której się znajduje, w środy i niedziele odbywa się targ przypominający Warszawską Olimpijkę, ale o wiele większy. Na miejscu można kupić prawie wszystko, nowe i używane, można też coś przekąsić, a co najważniejsze można wejść tam z psem. Prawdziwa gratka dla poszukiwaczy bazarkowych skarbów.
Wygodnie jest połączyć przyjemne z pożytecznym i rano udać się na szalone zakupy, a później do parku, gdzie pies będzie mógł odpocząć, wybiegać się i popływać. My zadanie spełniliśmy już drugiego dnia pobytu – akurat to była niedziela 😉

Nasza grupa przed startem z pępkiem wszechświata w centrum:

Pańcia z Najlepszą siostrą:

Kroczymy, w oddali przed nami złomowisko:

Lajka nad Bundkiem:

Lajka w parku nad Bundkiem siedzi przed – jak udało się mi dowiedzieć – dziełem sztuki wykonanym przez artystę, który jeździ po świecie i przerabia wraki samochodów na kwietniki:

Mój drugi cel: zobaczyć z bliska Zagrzebski Zamek. Prawie udało  się nam go zrealizować. Za to było bardzo zabawnie.
Zamek znajduje się na górze (tej samej, z której w Sylwestra i Nowy Rok oglądaliśmy fajerwerki), na którą prowadzi droga jednokierunkowa. Oznacza to, że z jednej strony się wjeżdża, a z drugiej zjeżdża. A z tego co zrozumiałam skręt do zamku znajduje się przy samym końcu drogi, gdzie już prawie jest się z powrotem w mieście.
Zaopatrzyliśmy się w plan miasta obejmujący te tereny i wyruszyliśmy. Po pokonaniu mnóstwa serpentyn, kiedy zaczynaliśmy zastanawiać się, czy oby nie przegapiliśmy skrętu, zatrzymaliśmy się na postój. Akurat nawigowała Najlepsza Siostra, więc z typowo siostrzanym brakiem zaufania zabrałam jej plan by sprawdzić, czy prawidłowo jedziemy. Po chwili jako, że ona zajmowała się sowim telefonem, a ja potrzebowałam szybko udać się na stronę, położyłam plan na dachu samochodu i rzuciłam „weź mapę, ja zaraz wracam”. Oczywiście dopiero kiedy już ruszyliśmy i odjechaliśmy kawałek zorientowaliśmy się, że nikt nie zabrał planu. Grupowo ustaliliśmy, że winną tego jest piesa – jedyna, która nie była w stanie się obronić i zrzucić winy na kogoś innego.

Zdjęcie przedstawia moment kiedy najbardziej zbliżyliśmy się do zamku:

Ostatnia rzecz, o której chciałam napisać to kropki.  Będąc w Zagrzebiu nie sposób ich nie zauważyć: czarne, różnej wielkości i w różnej liczbie, przyklejone na ścianach, rurach, szafkach ulicznych i innych powierzchniach w całym mieście. Nie można nie zacząć zadawać sobie pytania  co chodzi. Ja rzecz jasna zapytałam  o nie Najlepszą Siostrę – naszą przewodniczkę po Zagrzebiu i to od niej dowiedziałam się, że jej znajoma, zna osobę, która owe kropki przykleja. Podobno oznaczają one miejsca gdzie spotykają się ludzie – im więcej ludzi mija lub przebywa w danym miejscu, tym więcej lub tym większe kropki. Nic bardziej szczegółowego nie udało mi się ustalić, chociaż wypytuję za każdym razem 🙂

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *