Restauracje

Z psem w restauracji: Pink Flamingo

Znów wybraliśmy się do restauracji, w której nie byliśmy od czasu, gdy adoptowaliśmy Lajkę. Tak oto odkrywamy coraz więcej miejsc, które chętnie przywitają człowieka z psem. Jednak zanim to zrobiliśmy, pomimo informacji o psiolubności wybranego lokalu dostępnych w internecie, Najlepszy Mąż zatelefonował by zarezerwować stolik i jak zwykle zapytać, czy możemy przyjść z psem. Przekaz w odpowiedzi, którą otrzymaliśmy był bardzo jasny – „można przyjść nawet ze słoniem”. I jak tu się nie zakochać w Pink Flamingo…
Jak się okazało, w tygodniu, wczesnym wieczorem rezerwacja nie była konieczna. Lokal nie jest bardzo duży, ale tylko kilka miejsc było zajętych. Przypuszczam, że nieco trudniej może być wygodnie się tam rozsiąść weekend. Jednak bliskość parku Szczęśliwickiego sprawia, że obiad w Pink Flamingo to dobry pomysł na zakończenie przyjemnego popołudnia w towarzystwie psa – najpierw spacer w parku, a potem pyszny posiłek.

Jeżeli chodzi o jedzenie, to troszkę zaszaleliśmy. Muszę dodać, ze tym razem byliśmy w trójkę – wybrała się z nami koleżanka. Na początek każdy z nas zamówił zupę. Wybraliśmy Arizona Blackbean (krem z czarnej fasoli), New England Corn Chowder (zupa z kukurydzy z boczkiem) i Louisiana Gumbo Soup (krewetkowo-warzywna). Po spróbowaniu wszystkich trzech zgodnie orzekliśmy, że najlepsza jest fasolowa. Niestety oświetlenie w lokalu sprawiło, że ich sfotografowanie było niemożliwe – szczególnie Arizona Blackbean wychodził niekorzystnie, chociaż na żywo wszystkie wyglądały apetycznie i wszystkie były smaczne.

Jako danie główne wybrałam Barbecue Cheeseburger, bo jeżeli w jakimś daniu jest żółty ser i boczek, to marne szanse, że się mu oprę – tylko szaleńcy są w stanie ominąć to pospolite, acz boskie połączenie. Podany z dużymi frytkami i kolesławem był niezły, ale wielkość porcji lekko mnie pokonała.
Natomiast pozostała dwójka zamówiła zgodnie fajitas z wołowiną. Myślę, że Najlepszy Mąż był przez chwilę zawiedziony, że w zestawie jest guacuamole, a nie jego ulubione frijoles. Sos był jednak niezły, więc w efekcie nie cierpiał tak bardzo i zjadł ze smakiem. Wszystko to część naszej grupy nieprowadząca pojazdów mechanicznych lekko podlewała smakową Margaritą (truskawka, malina, mango). Opinie co do smaku były podzielone do tego stopnia, że gdy kelnerka zapytała o najlepszą (zmieniono jedną recepturę i sprawdzano ocenę gości), to każdy z nas wskazał inny smak.
Było smacznie i dużo. Niestety żadne z nas nie dałoby rady wcisnąć w siebie deseru. Po daniu głównym zdecydowanie się poddaliśmy. Od czasu do czasu tylko pogryzając jeszcze po jednej fryteczce z dołączonych do burgera.

W czasie naszego ucztowania Lajson grzecznie kuleczkowała pod stołem. Bardzo sympatyczna pani z obsługi (która w dodatku bardzo wyrozumiale traktowała nasze rozbawione towarzystwo) od razu przyniosła miskę z wodą dla zwierza i piesa nawet przez chwilę się nią zainteresowała.
Jedynym potencjalnym problemem dla psich klientów jest kot. Dość wcześnie dostrzegłam wydrukowaną na karcie dań prośbę, żeby nie dokarmiać Tosi. W Pink Flamingo możecie natknąć się bowiem na kocią rezydentkę. Biało-czarna, pokaźnej tuszy, dostojnie przechadza się po lokalu – widać, że jest u siebie. Tak więc co bardziej wrażliwe pieski mogą mieć problem z wytrzymaniem takiej bezczelności. Bo jak to tak? Kot paradujący tuż przed psim nosem? To się nie godzi.
Lajka kocicą była bardzo zainteresowana, jednak po kilku upomnieniach zrezygnowała z pomysłu, by iść się przywitać. I tylko dla pewności głaskałam ją i uspokajałam, gdy kocia dama spacerowała przed naszym stolikiem.
Pink Flamingo polecamy, ale tylko pieskom o mocnych nerwach 🙂

Pink Flamingo
ul. Lirowa 42
http://www.pinkflamingo.pl/

Może Ci się spodobać

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Ascot
    10/11/2015 o 07:47

    Ah Tosia 🙂
    Z Elvisem dosyć regularnie odwiedzamy Pink Flamingo. Mieszkamy tuż obok, Jerry to dobry znajomy, klimat knajpy jak powinien. Ale dla wygody wszystkich jeśli jest ciepło to idziemy sobie zawsze na tyły Pink Flamingo i robimy prywatne patio 😀

    • Odpowiedz
      filozof
      14/11/2015 o 10:18

      Masz rację – klimat jest dokładnie taki jak powinien i jakiego się oczekuje.
      Myślę, że opcja z patio do wypróbowania 🙂

  • Odpowiedz
    Milena
    23/11/2015 o 15:41

    Wszystko fajnie ale ostatnie zdania mnie zmartwiły- jest kot, mojego Tajsona być nie może 😛

  • Odpowiedz
    życie z futrzastym
    08/01/2016 o 16:49

    Brawa dla kolejnej psiolubnej restauracji!
    Odkąd jest z nami Futrzasty staramy się go zabierać wszędzie. Staramy się odkrywać nowe restauracji i miesjca psiolubne w naszej okolicy. O ile często można wejść z małym pieskiem o tyle z 30 kg kudłaczem już nie jest to takie łatwe, ale nie niemożliwe 🙂

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *