Podróże Spacery

Wycieczka z psem: Jura Krakowsko-Częstochowska

Długi styczniowy weekend spędziliśmy na Jurze. Od dość dawna
próbowaliśmy wybrać się w tamte okolice, celem uskuteczniania pieszych wędrówek.
Przyjemnie czasem zmienić otoczenie i zamiast cały czas po płaskim (jak to na
Mazowszu) pochodzić trochę po górkach (tylko takich nie za wysokich). Jurę
polecam każdemu psiarzowi. Teren jest przyjazny (nie trzeba mieć super kondycji)
i urozmaicony, a w większość miejsc można wprowadzić psa (poza oznaczonymi
rezerwatami).


Ponadto dla psa-mieszczucha każdy las
to atrakcja, a te w dodatku obfitują w zbiorniki wodne, skałki i jaskinie,
czyli pies ma mnóstwo ciekawych miejsc do eksplorowania. Lajka pierwszy raz
zobaczyła jaskinie i była zachwycona – każdą jedną. Jednak jej niewiele do
szczęścia potrzeba – np. „O góra! Całkiem nowa góra!To wbiegnę i zbiegnę i
wbiegnę i zbiegnę i wbiegnę i zbiegnę…” i tak w kółko.

My, jak to często bywa, wciąż albo wybieraliśmy inne miejsca
na wyjazdy, albo jeśli już byliśmy w okolicy, to nie było czasu na dreptanie z
piesą. Najlepszy Mąż, któremu od grudnia groziłam Bieszczadami, stwierdził, że
z dwojga złego lepiej pojechać tam gdzie bliżej (i góry niższe). I udało się –
zarezerwowaliśmy całe trzy dni na spacery. Plan miałam piękny – by od świtu do
zmierzchu hasać po wzgórzach (coś trochę jak Lajeczka). Niestety z naszej
trójki (ja, Najlepszy Mąż i piesa), chyba tylko ja miałam taki plan. Leń
wyjazdowy też nas dopadł i dzień zaczynaliśmy dość późno, a że wcześnie się
ściemniało, to odliczając czas na wszelkie śniadanka, obiadki i dojazdy niewiele
go pozostało na spacery. Dlatego nasze wędrówki (tak dłuuugie w mojej
wyobraźni) zamieniły się w dziesięciokilometrowe spacerki. Biorąc pod uwagę, że
w niektóre dni podczas moich i piesy porannych spacerów tyle przechodzimy, to było
to w istocie niewiele (z Najlepszym Mężem też czasem urządzamy sobie spacerki
po dwadzieścia parę kilometrów).
W sobotę rano wyruszyliśmy z Warszawy. Dojechaliśmy do Złotego
Potoku i zatrzymaliśmy się na parkingu przy stawie Amerykan, a następnie udaliśmy
się na spacer po bliższej i dalszej okolicy mijając kolejno staw Sen Nocy
Letniej, prehistoryczne Osiedle Wały (dobrze, że stała tablica informacyjna, bo
jak nic bym przegapiła), Diabelskie Mosty oraz młyn. Ze względu na zbliżający
się zmierzch musieliśmy zawrócić z drogi do Bramy Twardowskiego i podjechaliśmy
tam później samochodem. W Złotym Potoku jest jednak znacznie więcej ciekawych
miejsc – część odwiedziliśmy podczas wcześniejszych wypraw bez piesy.

Orzeźwiająca kąpiel w stawie Amerykan

„Czekam na was lenie”

Przy Diabelskich Mostach

Przy Bramie Twardowskiego

Przy Bramie Twardowskiego

Następnego dnia najpierw podjechaliśmy do kamieniołomu w
miejscowości Siedlec. Do tej pory nie wiem co tam robiliśmy, a zdaje się, że miały
tam być „piękne widoki”.

W kamieniołomie

Później spod Olsztyna, a dokładnie spod Góry Biakło
wyruszyliśmy na spacer po Górach Sokolich. Przechodząc pomiędzy dwoma górami (Karzełek
i Jodłowa) zatrzymaliśmy się na chwilę, a Lajka stwierdziła, że to idealny
moment na zabawę wielkim patolem. Bo przecież takie samo chodzenie, to jest
strasznie nudne. Tego samego dnia pojechaliśmy też zobaczyć Frecią Górę (też
nie wiem, co tam robiliśmy – to nawet trudno nazwać górą, taki tam pagórek)
oraz odbudowany Zamek Bobolice – nówka sztuka nieśmigany. Może powinnam być
bardziej wyrozumiała (w końcu w Warszawie, też mamy całkiem nowy Zamek
Królewski), ale nie bardzo przemawia do mnie idea odbudowywania zabytku, jeżeli
trzeba go praktycznie od nowa wybudować. Bardzo jednak podobała mi się tablica
informacyjna, na której były portrety kolejnych właścicieli zamku i obok dumnie
prężących piersi królów i książąt na samym końcu był senator…
Zabawa Lajki wyglądała tak:

 

W niedzielę podjechaliśmy do ruin kościoła w pobliżu Żarek, na
wzgórzu Laskowiec, skąd rozciągał się cudny widok, jednak niewiarygodny wiatr
utrudniał nieco kontemplację piękna przyrody i kazał nam jak najprędzej udać
się w jakieś miłe osłonięte miejsce, którym okazały się dla nas być Podlesice. Tam
próbowaliśmy zwiedzić Jaskinię Głęboką – niestety poza sezonem okazała się być
zamknięta. Chwilę się zastanawialiśmy, jak można zamknąć jaskinię i poszliśmy
to sprawdzić. No można, jeśli prowadzą do niej drzwi… to można nawet na kilka
kłódeczek zamknąć 😉 Wyruszyliśmy więc dalej. Tego dnia przechodziliśmy też
koło zamkniętego Zamku Bąkowiec. Taki to był pechowy dzień. Po południu natomiast,
żeby trochę zmienić klimat, wybraliśmy się na spacer nad zalewem w Poraju.

Mogę trochę narzekać, bo taka ze mnie jęcząca baba, ale
naprawdę mi się podobało. Zawsze z przyjemnością polecam Jurę osobom, które chciałby spróbować pieszych wędrówek po nieco bardziej urozmaiconym terenie, ale nie mają żadnego doświadczenia z górami i trochę się ich obawiają.

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *