Podróże

Wycieczka do Lublina

Idea wyjazdu zrodziła się nagle. Prawdopodobnie. Najlepszy Mąż zadzwonił do mnie w środku nocy i zapytał, czy wybierzemy się do Lublina. Nie bardzo obudzona – nie do końca zrozumiałam kto, gdzie, kiedy i co, ale powiedziałam „tak”. Następnego dnia rano po przebudzeniu dowiedziałam się, że mamy już zarezerwowany hotel. Cóż zrobić? Wymamrotałam tylko, że w Lublinie „nie ma niczego”, ale nie protestowałam szczególnie przeciwko wycieczce. Bo mi się to miasto dobrze kojarzy – kiedyś jadłam tam przepyszne naleśniki.
Droga była dość długa, więc jeszcze przed wjazdem do miasta zdecydowaliśmy się zjeść późne śniadanie. Zatrzymaliśmy się w sieciówce o wdzięcznej nazwie Karczma Bida w Bogucinie. Do wnętrza psów wprowadzać nie wolno, jednak była piękna pogoda, więc posiłek przy stoliku na zewnątrz był dobrym pomysłem. Koleżanka co prawda ostrzegała, że porcje będą duże, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak. Wszystko też było bardzo tłuste. Moja sałatka (chciałam coś lekkiego) składała się głównie z tuczących składników – na pierwszy rzut oka widać było dużą porcję kurczaka, mnóstwo małych grzaneczek (do tego były tłuste grzanki z wielkich kromek chleba) oraz drobno pokrojony boczek. Cóż, było niedrogo, smacznie, ale tłusto. Polecam szczególnie dużym, głodnym mężczyznom. Podobnie pierogi najlepszego męża – były podane z dużą ilością „wszystkiego” i bardzo sycące. Żurek koleżanki podany w ogromnej misce zawierał nieprzewidywalną ilość kiełbasy. Najbardziej rozbawił mnie wybrany z menu „fit” koktajl owocowy – bardzo gęsty i sądząc po smaku zrobiony na wiejskiej śmietanie.

W czasie gdy jedliśmy, przy stoliku obok pojawili się ludzie z yoreczkiem na flexi. Nie obyło się bez małej awanturki ze strony Lajki, bo yoreczek bezceremonialnie ruszył do postawionej koło nas miski z wodą. Tak więc wypadało szczeknąć i zapozorować ruch na napastnika w obronie dóbr własnych. Bo jak to tak? Ani dzień dobry, ani niuchnięcia okolic wiadomych i od razu do cudzej miski. Pani najpierw swojego pieska zatrzymała, ja jednak powiedziałam, żeby się nie krępowała i go napoiła. Kiedy pani wzięła w ręce miskę i zaczęła się z nią cofać, moja mina musiała być dość nietypowa, bo zaraz usłyszałam ” to państwa miska?”. Odpowiedziałam, że tak, ale powtórzyłam, że pies może się  napić. Pani potem zresztą bardzo miło doniosła nam wodę, kiedy za którymś razem maluch niemalże osuszył michę.
I byłoby sympatycznie gdyby nie drobny szczegół. Pani narzekała (nie było to skierowane do nas, jednak nie było też powiedziane szeptem, ponieważ bez problemu usłyszałam), że Lajka szczeka. Fakt, szczeknęła kilka razy podczas naszego posiłku w Bidzie, chociaż normalnie raczej tego nie robi. Niestety, jeżeli flexi-pieski pałętają się pod cudzymi stolikami, przy których są inne psy, to nie można się dziwić, że te psy reagują. Lajka nie miała ochoty na towarzystwo i w ten dość kulturalny sposób (jeżeli bierzemy pod uwagę psi punkt widzenia) wyrażała swoje oburzenie.

Po dotarciu do Lublina udaliśmy się na spacer. W planach mieliśmy zwiedzanie Starego Miasta i oczywiście obejrzenie wieży telewizyjnej (stali czytelnicy znają zapewne tę dziwną namiętność Najlepszego Męża). Zaparkowaliśmy u podnóża zamku i ruszyliśmy najpierw do niego, a potem dalej powoli, bo pogoda nam nie sprzyjała (było bardzo ciepło). Nasze wrażenia? Spokojne miasto (w porównaniu do Warszawy naprawdę można odetchnąć), w którym wszyscy cały czas jedzą lody. Tam jest jakoś potwornie dużo lodziarni – szczególnie naprzeciwko zamku. My też pod koniec dnia skusiliśmy się w jednej z nich na pyszne gofry i z ciekawości granitę (straszliwy napój – prawie zamroził nam zatoki).

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Lublina – zamek.
Nasz kierunek.
Plac Po Farze z fundamentami kościoła.
Piechełenka na placu.
Lublin stosuje pewne specyficzne metody, jeżeli chodzi o oczyszczanie miasta 😉
Miasto.
Ku radości Lajeczki.
Foszek.
Na smuteczki najlepszy przytulak.
Kto tak pięknie próbuje łamać przepisy?
Wieża telewizyjna 🙂
Zaimprezowany kot. Obecność Lajki trochę go otrzeźwiła.

Po spacerze przysiedliśmy w Gran Caffe Santos  znajdującym się w pobliżu placu Przy Farze, gdzie mi i Najlepszemu Mężowi udało się zamówić najgorszą kawę mrożoną jaką w życiu piłam. Była lurowata, bardziej mleczna niż kawowa, choć w zasadzie bez smaku i brzydko oraz dziwacznie podana (z dwoma rurkami w kieliszku). Najlepszy Mąż zamówił też pizzę, która nie była najlepsza. Podobno nie da się zrobić złej pizzy. Ta zła nie była, była tylko zatrważająco przeciętna.W przeciwieństwie do wcześniej wspomnianej Bidy, tego miejsca nie mogę polecić z czystym sumieniem. Nie wiem też, czy można wejść do środka z psem, bo zajmowaliśmy stolik na zewnątrz (pozwolono nam pod warunkiem, że pies będzie grzeczny).
Tutaj też do stolika obok przysiadło się towarzystwo z yoreczkiem. Pani trzymająca psa ubranego w różowe szeleczki na różowej flexi usiadła tuż koło nas i zanim zdążyła się zorientować jej maleństwo już buszowało u nas pod krzesłem. Jednak była to dobrze wychowana, subtelna suczka i dziewczyny tylko się obwąchały po czym rozeszły i każda zajęła się sobą. Chwilę później właścicielka psa wystraszyła się obecności Lajki i tłumaczyła nam, że jej pies się boi innych psów. Ciekawe prawda? Uspokoiłam tę panią uświadamiając jej, że pieski się już przywitały, zresztą bardzo grzecznie.
Następnie pojechaliśmy na spacer nad znajdującym się w pobliżu Zalewem Zemborzyckim. Bardzo miłe miejsce. Żałowaliśmy tylko, że cały brzeg jest wybetonowany. trafiliśmy na wybetonowaną część brzegu (poprawione po uwagach Agaty z http://diabelna4lapach.blogspot.com/).

Piesa na betonowym brzegu.
Prawda, że pięknie?
Relaks z już pomoczoną mordą.

W końcu wróciliśmy do hotelu, w którym czekała nas przykra niespodzianka. Zatrzymaliśmy się w Hotelu Trzy Róże. Hotel w internecie zbierał dobre opinie, podane ceny były rozsądne, ponadto akceptują tam psy, a wnętrza na zdjęciach prezentowały się pięknie.
Z plusów, o których przekonaliśmy się na miejscu, można wymienić: hotel i okolica (w tym ogród) ładnie się prezentowały, było bardzo czysto, na psa nikt nie zwracał uwagi, a śniadanie było pyszne. Trzeba dodać, że śniadanie nie tylko było smaczne, ale też różnorodne i było to jedno z lepszych hotelowych śniadań jakie dane nam było jeść.
W pierwszym momencie trochę zawiodłam się na wielkości pokoju, ale nie narzekałam, bo bywało już gorzej.
Nasz koszmar zaczął się wieczorem. Okazało się, że w hotelu odbywa się wesele…. bardzo huczne wesele. My, niepoprawni optymiści, nie zwęszyliśmy nachodzącego problemu. 57 dB w pokoju i możliwość śpiewania wszystkich przebojów z zespołem (było słychać nie tylko melodię, ale również słowa). Efekt? Nie spaliśmy do 4:30, ponieważ uczynna recepcjonistka przydzieliła nam pokój nad salą weselną. Rano natomiast usłyszeliśmy, że nie otrzymamy nawet zniżki, ponieważ na stronie internetowej jest informacja, że w hotelu odbywają się imprezy i może być głośno oraz że trzeba było to zgłosić, wtedy dano by nam klucze do innego pokoju. (Jeszcze w nocy sprawdzałam komunikat na stronie, na której rezerwowaliśmy nocleg – sugerował on, że w hotelu mogą odbywać się przyjęcia i może wtedy być głośno. Wszystko to w uroczym eufemizmie.) Niestety 1/3 naszej wycieczki nie spała wcale poprzedniej nocy, więc nawet potworne hałasy nie były w stanie jej zbudzić, a my nie mieliśmy sumienia aby to zrobić.
Prawda jest taka, że większość piątków, sobót i niedziel w hotelu zarezerwowanych jest w tym roku na wesela i z całą pewnością jest wtedy głośno w całym budynku. Jeżeli więc chcielibyście zatrzymać się w tym zasadniczo uroczym miejscu, z miłą obsługą i pysznymi śniadaniami, to tylko i wyłącznie w środku tygodnia chyba, że zarówno wy jaki i wasz pies cierpicie na bezsenność lub narkolepsję.

Może Ci się spodobać

5 komentarzy

  • Odpowiedz
    Agata Mazur
    17/06/2014 o 18:47

    Jak miło, że zagościliście u nas 😉
    Zgodzę się, że to dość spokojne miasto, jednak nasz Zalew Zemborzycki nie ma tylko betonowanych wejść.
    Są przynajmniej 2 z łagodnym, piaskowym zejściem, gdzie psy mogą hasać do woli – trzeba tylko poszukać (to jeszcze zależy od której strony przyszliście) 😉
    Co do hoteli – nie wypowiadam się, bo nie bywam.
    A starówka lubelska urzeka 😉

    Pozdrawiamy i zapraszamy też do nas – http://diabelna4lapach.blogspot.com/ 😉

    • Odpowiedz
      filozof
      17/06/2014 o 18:57

      Bardzo lubię Lublin – ma swój urok i mnie akurat jego spokój odpowiada 🙂
      Właśnie tak myślałam, że gdzieś na pewno jest normalne zejście do Zalewu, ale pozostała część naszej wycieczki stawiała opór i nie chciała ruszyć ze mną na poszukiwania. I proszę, rzuciłam oszczerstwem. W takim razie poprawię w tekście.
      A czy to prawda z tymi lodami? Bo nam się jakoś rzuciło w oczy, że w Lublinie jest strasznie dużo lodziarni.

    • Odpowiedz
      Agata Mazur
      17/06/2014 o 19:18

      Tak, w centrum jest dosyć dużo lodziarni 😉
      W pozostałych dzielnicach praktycznie ich nie ma, ale do centrum zjeżdża się najwięcej turystów, więc to najlepsze miejsce na biznes – chociażby lodami 😉

  • Odpowiedz
    Ola Mikler
    18/06/2014 o 16:10

    Piękna wycieczka, jak widać u nas też można :). A Lajeczka taka grzeczna :)).

    • Odpowiedz
      filozof
      19/06/2014 o 18:29

      Grzeczna bo pańcia-wredota nie pozwala na niegrzeczność 🙂 Chociaż co sobie poszczekała w Bidzie, to jej.

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *