Wieczorny spacer po Trieście

Po wizycie w mroźnej głębi kraju postanowiliśmy spędzić w Chorwacji kilka dni nad morzem, a przy okazji zahaczyć o Włochy. Fakt, na wybrzeżu chociaż nie gorąco było dużo cieplej, o wiele więcej słońca i jeszcze całkiem sporo soczystej zieleni, której tak bardzo brakuje nam w zimowych miesiącach.
Do Triestu dotarliśmy wieczorem, co jak sądzę było strzałem w dziesiątkę, bo miasto o zachodzie słońca wyglądało przepięknie. Bez sprecyzowanych planów postanowiliśmy poszwędać się po mieście.

Pierwsza niezwykła rzecz jaka nas spotkała to parking Silos wyglądający jak stare magazyny. Niestety nie mam żadnych zdjęć z tego miejsca, ale tworzy ono niesamowity nastrój (taki, że nie chciałoby się w tym miejscu zostać samemu).
Stamtąd udaliśmy się na prawie romantyczny (były nas cztery osoby i pies) spacer wybrzeżem. Bardzo po włosku – bez narzuconego tempa, całkowicie na luzie. Piesa spacer zaczęła bez smyczy, bo deptak był szeroki, a chociaż ludzi było sporo, to dało się odczuć, że nie jest to pełnia sezonu turystycznego. Chociaż „bez smyczy” to opcja dla psów racjonalistów, które nie zrobią w środku zimy nagłego chlup do wody z wysokiego brzegu.
 

Prawie jak w naszym ulubionym Orłowie 😉

Piesa nie zagustowała w pozowaniu na tle różowości, a przecież wszyscy wiemy, że to „jej kolor”.

Niebo nad miastem po prawo lekko poróżowiało…

… A chwilę później po lewo zrobiło się czerwone.

Kiedy udaliśmy się wgłąb lądu okazało się, że Triest to bardzo zapsione miasto. Rasowe i kundelki, małe i duże, na smyczy i bez – widać było, że to one tu rządzą. Trochę mnie to zaskoczyło, bo znajdowaliśmy się w centrum, gdzie wszystko było wyasfaltowane, wybetonowane, wybrukowane, uliczki wąskie, chodniki też i trudno było znaleźć choćby niewielki trawniczek.
Przed sklepem mięsnym znaleźliśmy haczyk do zaczepienia smyczy. Oczywiście w środku jedna osoba robiła zakupy z psem – kwintesencja włoskiego podejścia do życia, a przynajmniej do przepisów.

Pomimo, że na zdjęciu jestem w zimowej kurtce, nie było aż tak zimno. Zdecydowaliśmy się nawet na wypicie kawki w kawiarnianym ogródku.

Wielki świetlisty symbol falliczny górujący nad miastem, a na dole potwór połykający samochody – do tej pory nie wiemy co to jest.

W każdym włoskim mieście punkt obowiązkowy to jakieś ruiny po Romanie. Amfiteatr w Trieście nie należy do szczególnie efektownych ani malowniczych. Jego wielkość też nie imponuje. Wyglądał trochę smutno – bardziej przygnębiające wrażenie zrobiły na mnie chyba tylko ruiny amfiteatru w Budapeszcie otoczonego blokami.

Kiedy po raz drugi znaleźliśmy się przed ratuszem okazało się, że przed i na nim odbywa się widowisko z rodzaju „światło i dźwięk”. Z powodu wykorzystania przez autorów świetnej muzyki zmusiłam resztę grupy do obejrzenia i wysłuchania go półtora raza.

6 thoughts on “Wieczorny spacer po Trieście

  • 02/03/2015 at 13:36
    Permalink

    Pamiętam, że kiedy byliśmy w Genui (bez psa) byłam bardzo zdziwiona liczbą spotykanych na ulicach miasta psów, szczególnie w zestawieniu z mizerną ilością zieleni. Mimo że większa część miasta jest raczej kamienna, czy też asfaltowa psy były wszędzie – na ulicach, w kawiarniach, w sklepach. Jednocześnie (jak widać, da się!) liczba po psich niespodzianek na ulicach była nieporównywalnie mniejsza niż w Polsce.

    Piękna wycieczka, smutna Lajeczka – czyli u Was wszystko w normie. 😉

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *