Podróże

Wakcje z psem: przejazd do Austrii (dzień pierwszy)

We wrześniu 2013, po raz pierwszy wraz z Najlepszym Mężem zabraliśmy Lajkę na prawdziwe wakacje (czyli takie, które trwają dłużej niż tydzień). Nasza prawie typowa rodzina 2+1 (cóż, że ten 1 to piesa), udała się na zasłużony (aktywny) wypoczynek. Powstał z tego mini-pamiętnik, który postanowiłam tu opublikować, żeby ośmielić tych, którym wydaje się, że podróżowanie z psem sprawia zbyt wiele kłopotów.

Pierwsze nasze plany dotyczyły Rumunii. Miałam taki kaprys, żeby pojechać najpierw w góry, potem zwiedzić stolicę, pogapić się na – piękne podobno – brzegi Dunaju, by na koniec pacnąć nad Morzem Czarnym. Niestety, kiedy zaczęłam czytać o tym, co się dzieje z psami w Rumunii całkowicie odeszła mi ochota na zwiedzanie tego kraju (nie bałam się o piesę, raczej nie miałam ochoty przez dwa tygodnie patrzeć na krzywdę zwierząt). Bardzo szybko wymyśliliśmy alternatywę, która również obejmowała góry i morze – Alpy i Lazurowe Wybrzeże. Kiedy dwa dni później powiedziałam Najlepszemu Mężowi, że może jednak nie są to najlepsze pomysły, okazało się, że mamy już zarezerwowane noclegi.

Przed wyjazdem sprawdziłam w internecie (w zasadzie było to wściekłe przeczesywanie), czy kraje do których mieliśmy się udać mają jakieś szczególne regulacje dotyczące przewozu psów z zagranicy – okazało się, że w większości krajów Unii Europejskiej wystarczy mieć paszport dla psa z ważnym szczepieniem przeciwko wściekliźnie, do tego pies musi być zaczipowany i odrobaczony. Zalecam jednak czujność i sprawdzanie przed każdym wyjazdem, czy coś się nie zmieniło – niektóre kraje mają swoje dodatkowe pomysły. Jeżelibyście wybierali się w podróż samolotem, to pewnie też nie obędzie się bez wizyty w PIW-ie po stosowne zaświadczenia, że zwierz jest zdrów. Kilka dni przed wyjazdem, u naszego (najbliższego) weta wyrobiłyśmy paszport „od ręki” – pani weterynarz przepisała wszystkie istotne dane z książeczki. Wystarczyło tylko zapakować walizki i wyruszać w świat.

Lajka ma zawsze w podróży własną torbę, z mniej więcej podobną zawartością (w zależności od długości wyjazdu zmienia się w niej ilość karmy, smaków i zabawek). Piesa wyjeżdża w obroży i szelkach (które są tylko do przypięcia w samochodzie, bo ona nie przepada za szelkami). Z praktycznych rzeczy, oprócz tego zabieramy: dwie miski składane – jedną w bagażu podręcznym na wodę (wygodnie je przenosić i z doświadczenia wiem, że są bezpieczniejsze niż np. poidło, które kiedyś pięknie rozwaliło się w moim plecaku zalewając służbowe dokumenty), karmę, smaczki, zapasową obrożę i przynajmniej jedną zapasową smycz (na ogół dwie różnej długości), zabawki (szarpaki i piłki), kocyk (lub dwa, bo pieseł zmarzluch), zapas woreczków na odchody, ubranko na deszcz (lub mróz jeśli takowy przewidujemy). Chyba o niczym nie zapomniałam. Natomiast legowisko z bokami kładziemy na tylnym siedzeniu (na macie, która prawie chroni samochód przed kłakami), bo dzięki temu piesa nie lata po aucie na każdym zakręcie i może dość komfortowo się wyspać.

Wracając do naszej podróży… Pierwszy dzień był najnudniejszy. Wyjechaliśmy z Warszawy kierując się w stronę Niemiec, licząc na cudowne niemieckie autostrady, którymi będziemy dziko śmigać, a okazało się, że trafiliśmy na niekończące się (przynajmniej dla mnie) remonty dróg (tych cudownych niemieckich właśnie), dzięki czemu dwie godziny staliśmy w korku. Piesa też nie była zbyt szczęśliwa, bo wyjazd o piątej rano pozbawił ją długiego porannego spaceru. Za to stanie w korku bardzo jej się podobało, bo mogła wreszcie wygodnie usiąść (nic nie trzęsie) i podziwiać widoki. I tak do nocy nic się nie działo, gdyż dopiero po zmierzchu dojechaliśmy do Hittisau i zaczęliśmy poszukiwania naszego noclegu. W internetach były co prawda komentarze, że bardzo trudno tam trafić, ale nie spodziewałam, że aż tak. Ciemna droga, brak jakiegokolwiek oznaczenia zarówno przy drodze jak i na budynku, a GPS nie daje odpowiedzi. Jakimś cudem udało nam się rozpoznać miejsce ze zdjęć zamieszczonych w internecie. Druga rzecz, co do której internety nie kłamały, to że właściciele mówią tylko po niemiecku. Najlepszy Mąż, który normalnie wykazuje się w takich sytuacjach, ledwo sobie poradził, bo lokalny niemiecki jest… hmmm… jest inny i miejscowi prawie Najlepszego Męża nie rozumieli.

Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem był nasz pokój z aneksem, który okazał się być małym apartamentem złożonym z przedpokoju, sypialni, saloniku-jadalni, łazienki i dobrze wyposażonej kuchni. Widać było, że wszystko to nie jest najnowsze, natomiast bardzo czyste i w dobrym stanie. A to, co widać na zdjęciu na górze po lewej, to widok jaki mieliśmy za oknem podczas śniadania. Pomimo nie bardzo już ciepłych poranków, nie byłam w stanie się oprzeć i na czas śniadania otwierałam okna na oścież. Natomiast zdjęcie poniżej przedstawia nasze miejsce noclegowe – Haus Hagspiel – Lajka była zachwycona łąką.

Może Ci się spodobać

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Olka Mikler mojprzyjaciel-pies
    11/02/2014 o 10:52

    Fajnie, że pojechaliście w taką podróż :). Mam nadzieję, że mi z Emetem też uda się kiedyś pojechać dalej, chociażby w nasze góry :).

  • Odpowiedz
    filozof
    12/02/2014 o 08:22

    Na pewno się uda, bo w kwestii podróżowania z psem najważniejszą rzeczą są chęci właściciela (jak się czegoś bardzo chce, to się da radę) 🙂

  • Odpowiedz
    DeeDee
    12/02/2014 o 17:38

    Z jednej strony, racja, przy odrobinie dobrych chęci ze strony właściciela można psa zabrać ze sobą w niejedną podróż, z drugiej jednak strony, uważam, że wszystko trzeba rozważyć przede wszystkim z perspektywy dobra zwierzęcia – po prostu czasem lepiej zostawić psa u pet sittera.

    • Odpowiedz
      filozof
      12/02/2014 o 21:07

      Jasne, że tak. Dodam jeszcze, że nie tylko dobro psa, ale też dobro człowieka trzeba mieć na uwadze. Jeśli ktoś np. najlepiej wypoczywa leżąc na plaży pod palmami, to nie namawiałabym go do rezygnacji z takiej formy wypoczynku, ani do ciągnięcia ze sobą psa. Człowiek ma prawo do odpoczynku. Psa można zostawić w dobrym hotelu albo u rodziny/przyjaciół – tam gdzie będą zaspokojone jego potrzeby. Tak samo nie ciągnęłabym psa w podróż samolotem, o ile nie byłaby to przeprowadzka na dłużej, tylko wycieczka.
      Nie piszę o tym, bo wydaje mi się jasne, że wakacje z psem, to jest wciąż sporo obowiązków. Nie pośpimy sobie do południa, a zamiast drzemki, czy lektury przy kawie czeka nas dodatkowy spacer, czy inne animacje w zależności o wymagań psa. Przy Lajce często czuję się jak etatowy kaowiec. To trzeba lubić, bo inaczej urlop przestaje być przyjemnością.

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *