Podróże

Wakacje z psem: Vaduz i Mainau (dzień drugi)

Następnego dnia po przyjeździe do Hittisau (i zjedzeniu śniadania w pokoju z widokiem) wybraliśmy się na pierwszą wycieczkę. Zaczęliśmy od stolicy Lichtensteinu – Vaduz, co z naszego punktu widzenia było nieporozumieniem. Cały Lichtenstein jest wielkości niezbyt dużego miasta i pomimo, że jest uroczy, zadbany, czysty, a ludzie uśmiechnięci, to raczej nie oferuje zbyt wielu atrakcji turystycznych – poza przybijaniem pamiątkowych stempli w paszportach (no chyba, że my ich nie odnaleźliśmy). Ja jednak uparłam się zwiedzić to małe państewko, bo tak…

Nasze zwiedzanie ograniczyło się do przejścia czymś, co wydało nam się główną turystyczną ulicą oraz wspięcia na górę, na której znajduje się Schloss Vaduz. Wiedząc, że nie spędzimy tam zbyt wiele czasu, nie przejmowałam się sprawdzaniem przepisów dotyczących psów. Założyłam, że wystarczy jeśli Lajka będzie na smyczy i faktycznie tak spacerowała większość psów, które spotkaliśmy, a i do nas nikt nie miał pretensji. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie puściła piesy luzem, gdy tylko oddaliliśmy się od bardziej uczęszczanych miejsc.

 Początek naszego spaceru. Jak widać, na deptaku dzikie tłumy.

Kosz na psie odchody wraz z pojemnikiem na woreczki – zmuszałam Najlepszego Męża do dokumentowania wszystkich przejawów troski o zapsionych. Ten znaleźliśmy w gąszczu uliczek, kiedy szukaliśmy drogi do zamku.

Przy drodze do zamku ustawiono szereg tablic informacyjnych o Lichtensteinie, które przy pomocy prostych grafik i krótkich opisów przedstawiały m.in. ustrój, gospodarkę czy ciekawostki o kraju.

Domy po drugiej stronie doliny to już Szwajcaria.

Prawie agility 😉 Lajka uwielbia łazić po murkach. Po drodze do zamku jak widać sielsko – nastrój niestety psuły krowie odchody na chodniku 😀 Zamek Vaduz jest aktualną rezydencją księcia (głowy państwa) – tak tylko dodam.

A to już my przed Zamkiem. Nie można go zwiedzać, ale nie zauważyliśmy żadnej ochrony, w zasadzie nikogo w pobliżu nie zauważyliśmy. Piesa pomęczona korzysta z cienia jaki daje pańcia.

Po doczłapaniu się do samochodu udaliśmy się w stronę Mainau, czyli Wyspy Kwiatów. To dosłownie wyspa – ogród botaniczny, znajdująca się na Jeziorze Bodeńskim. Parking znajduje się na lądzie, tak samo kasy. Po nabyciu biletów (nie pamiętam ceny, ale nie zrujnowały nas one finansowo), mostem udaliśmy się na zwiedzanie. I chociaż nie jestem miłośniczką kwiatów, to przyznaję, że było pięknie. Lajka natomiast przeżyła osobisty dramat pt. „tyle wiewiórek, a ja taka na smyczy”. Warto też odwiedzić znajdującą się w pawilonie motylarnię (nie można wprowadzać do niej psów, ale przed wejściem są stojaczki do zaczepienia czworonoga). Na Mainau można spędzić cały dzień – są tam restauracje, plac zabaw dla dzieci, wiele miejsc do spokojnego odpoczynku i przede wszystkim mnóstwo przepięknych roślin.

Przed wejściem – plan ogrodu.

Woreczki na psie nieczystości – także przed wejściem (za kasami, ale jeszcze przed mostem – gdyby ktoś zapomniał).

Naprzeciwko kas znajdowały się miski z wodą dla psów. W samym ogrodzie nie było poideł, ale biorąc pod uwagę otaczające nas jezioro raczej nikt by z pragnienia nie umarł.

My dla pewności pytaliśmy przy kasach, czy psy muszą być na smyczy – jak widać nie było to konieczne (pytanie oczywiście). W tym momencie pożałowałam, że nie wzięłam flexi, żeby dać piesy choćby namiastkę wolności.

Widok z mostu.

Takie cudaki z kwiatów można tam było znaleźć.

Akurat przekwitały róże, ale dalie się rozszalały. Ta była najdziwniejsza – mam nadzieję, że dobrze macie ustawione kolorki w komputerach, bo to miało taki kolor (szaro-zgniła zieleń i czerwień trudna do opisania).

I znów my – odpoczywamy sobie (a ja pilnuję, żeby piesa nie napiła się zakazanej wody).

Pies ma być na smyczy? No to jest. I w dodatku sam się na niej trzyma. Z drzewa wiszą białe i różowe wstążki – każdy mógł uciąć sobie kawałek z podajnika i napisać na niej swoje życzenie, a następnie zawiesić na drzewie.

Muszę dodać, że tego dnia kilka razy przekraczaliśmy granice państw (nasza trasa to: Austria – Lichtenstein – Szwajcaria – Niemcy – Szwajcaria – Austria) i pomimo, że raz czy dwa zainteresowała się nami straż graniczna, to w ogóle nie zwracali uwagi na piesę, która awanturowała się na tylnym siedzeniu.

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *