Podróże

Wakacje z psem: przejazd do La Thuile i Wielka Przełęcz św. Bernarda (dzień trzeci)

Kolejnego dnia naszej wyprawy ruszyliśmy dalej. W zasadzie można powiedzieć, że krótki pobyt w Austrii był preludium do naszych wakacji. Tak bywa, kiedy ktoś niemądrze się uprze, żeby zobaczyć Liechtenstein. Jednak dobrze było się zatrzymać – szczególnie przed tym, co nas czekało podczas dalszej przeprawy przez góry. Przejazd okazał się obfitować w malownicze widoki – stąd dużo więcej postojów niż podczas pierwszego całodniowego przejazdu (nie pisałam o tym wcześniej, ale oczywiście podczas podróży zatrzymywaliśmy się dla rozprostowania kości naszych i psich oraz innych mniej eleganckich czynności), ale też niebezpieczne momenty, kiedy droga złożona z makabrycznych serpentyn (jeden zakręt, drugi zakręt… dwudziesty siódmy zakręt) ginęła we mgle. Chociaż mnie to trochę uspokajało (jak konia z klapkami na oczach) bo należę do nieszczęśników z lękiem wysokości. W takiej sytuacji wybór odpoczynku w Alpach, to oczywiście świetny pomysł 😉

Najlepszy Mąż uparł się, żeby przejechać przez Wielką Przełęcz św. Bernarda, chociaż nie była to najkrótsza, ani najszybsza droga. Podobno całe internety twierdziły, że są tam wyjątkowo piękne widoki. Nie miałam nic przeciwko – w końcu to miejsce, w którym wraz z zakonnikami pracowały bernardyny pomagające ratować wędrowców (stąd też wzięła się ich nazwa). Dziś po bernardynach prawie nie ma śladu – prozaiczną przyczyną wycofania ich ze służby są koszty – psy są za drogie w utrzymaniu. Podobno w sezonie letnim są sprowadzane ku uciesze gawiedzi… tfu… dla prawdziwych turystów. Ja ich w każdym razie nie widziałam, może przez to, że sezon właśnie się kończył, a może przez gęstą mgłę. Zresztą zdaje się, że krótko po naszym powrocie z wakacji przełęcz została zamknięta z powodu opadów śniegu.

Zimno i wilgotno. Chwilę później Lajka zniknęła w mgle z nami – okazało się, że potrzebowała „załatwić małą potrzebę fizjologiczną” – przynajmniej tak zgaduje wnioskując po czasie, który jej nie było.

Piękne widoki na przełęczy. Jeżeli ktoś lubi mgłę, to czemu nie 🙂

Po drugiej stronie przełęczy. Mgła próbuje przelać się na tę stronę.

Poprosiłam Najlepszego Męża żeby nam zrobił zdjęcie. Jesteśmy na nim obie 🙂

Po południu dojechaliśmy do La Thuile do najlepszego na świecie Hotelu Rolland. Najpierw o samym miasteczku -to jeden z czterech znanych kurortów narciarskich w Dolinie Aosty (pozostałe to: Courmayeur, Cervinia i Monte Rosa). Na szczęście ten jest najmniejszy i najchętniej wybierany przez Włochów, a nie turystów z innych krajów. Może dzięki temu ma szczególny klimat (tak twierdziła właścicielka naszego hotelu) w odróżnieniu od pozostałych bardziej turystycznie nastawionych miejscowości – brak tu typowej wakacyjnej tandety, jest spokojnie, a budynki są raczej tradycyjne (bez dziwacznych wielkich hoteli z neonami). My jako dzicy ludzie nieprzepadający za tłumem trafiliśmy idealnie – sezon letni się właśnie skończył, a zimowy jeszcze nie zaczął. Dlatego też w naszym hotelu sporadycznie pojawiali się goście (momentami byliśmy sami, jeśli nie liczyć właścicielki). Przywitani zostaliśmy miło, otrzymaliśmy jedyny pokój z tarasem, a to dzięki Lajce, bo jak stwierdziła właścicielka – pomyślała, że może pies lubi siedzieć na zewnątrz. Na miejscu był jeszcze jeden pies-rezydent 12-letnia suczka Eta, której pomimo jej opanowania nikt chyba nie posądzałby o taki piękny wiek. Od razu było widać, że jest psiolubnie. Jedynym miejscem, do którego psom wstęp był zabroniony była jadalnia. Lajka na ogół podczas śniadania leżała na dywaniku przed wejściem, ale raz znudzona poszła sobie z powrotem do pokoju. Pierwszego wieczoru, kiedy poszliśmy do saloniku na parterze zjeść kolację (czyli jakieś polsko-niemieckie zapasy, które woziliśmy ze sobą na wypadek nagłego głodu) zostaliśmy poczęstowani regionalną potrawą – polentą. W tych okolicach kasza kukurydziana podawana jest z czymś w rodzaju gulaszu z jelenia w pomidorowym sosie. Zostaliśmy ostrzeżeni, że wcale nie musi nam smakować. Moim zdaniem było to dziwne, ale raczej smaczne. Przez żołądek można bardzo szybko dotrzeć do naszych serc – od razu nam się spodobało.

Widok z tarasu.

Może Ci się spodobać

2 komentarze

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *