Podróże

Wakacje z psem: Masyw Mont Blanc i Aosta (dzień siódmy)

W końcu nadeszła pora na zdobywanie prawdziwych szczytów. Nie, nie wdrapaliśmy się z piesą na Mont Blanc (chociaż to pewnie byłoby ciekawe). Wjechaliśmy na masyw kolejką po stronie włoskiej. Francuzi też taką mają, jednak u nich nie można podróżować z psem. Bilety nie były tanie (30 euro dla człowieka, 3 euro dla psa). Jednak warto zapłacić, choćby dla samych widoków. Na szczycie jest taras widokowy, a jeśli wejdzie się jeszcze trochę wyżej, można znaleźć bar i schronisko.

Po wjeździe, poza tym, że było pięknie, było też zimno i wiało. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak wysoko (nie licząc lotów samolotami). Piesa nie była zachwycona ani podróżą (huśta się i jest tłok), ani tarasem widokowym (za zimno). Wysiadając z kolejki minęliśmy się ze spanielem, jednak nawet pobratymiec nie rozweselił Lajki.

Na masywie spędziliśmy dłuższą chwilę – najpierw trzeba się było pogapić na góry, potem na zmianę wchodziliśmy wyżej. Na zmianę, bo obydwie drogi prowadzące w stronę lodowca były moim zdaniem nieodpowiednie dla psa. Jedna to były wewnętrzne, wysokie, strome, metalowe schody z prześwitami, a druga droga złożona z serpentyn pokrytych śniego-błotem. Muszę dodać, że ta wyprawa udała nam się dzięki uprzejmości gospodyni najlepszego hotelu na świecie – użyczyła nam ona kagańca swojego własnego psa. W kolejce psy muszą być w kagańcu, a my nasz zostawiliśmy w Warszawie (zawsze się czegoś zapomni). Kaganiec był za duży i czasem się zsuwał lub Lajki pyszczek niespodziewanie wydostawał się z niego bokiem, jednak wymogi formalne spełniliśmy.

Ładnie, prawda?

Na tarasie. To metalowe z boku, to chyba dźwig. Właśnie budują nową kolejką, a stara wkrótce zakończy swój żywot.

Pomieszczenie z którego wcześniej sterowano kolejką – można sobie pozwiedzać.

A to schody prowadzące na lodowiec. Zachęcające, nieprawdaż?

Tablica z podpisanymi szczytami. Dobrze, że coś takiego postawili, bo Monte Bianco wcale nie sprawia wrażenia najwyższego. Za to łatwo było go rozpoznać – faktycznie jest najbardziej ośnieżony.

Lodowiec.

Widok w dół.

Ogrzewanie pomarzniętego pieseła.

Jak widać nieszczęśliwa piesa w kolejce miała zapewnioną dość dużą przestrzeń życiową.

Po południu udaliśmy się do Aosty – stolicy regionu. Byłam nieco sceptyczna (po co się pchać do jakiegoś małego miasteczka) jednak okazało się, że jest to urokliwe miasto pełne małych kafejek i usiane zabytkami po Romanie (jakby coś odsyłam do poprzednich wpisów) – idealne na leniwy spacer ze zwiedzaniem. Zaś spora część okolicznych górek szczyci się wieńczącym ją zamkiem, kościołem, lub chociaż kapliczką. Trzeba jednak pamiętać, że w Aoście część zabytków jest niedostępna dla czworonogów (np. amfiteatr i mury miejskie), więc warto mieć zmiennika do psa na czas zwiedzania.

To, co najlepsze we Włoszech – gelato!!!

To, co podoba mi się na południu. Są wszechobecne – nie ma problemu by napoić psa.

Miło, ze pies nie musi pracować sam.

Pisałam już, że tam ładnie?

Takie coś Roman na rondzie postawił – miał chłop finezję.

Też się wspięliśmy na wzgórze z kapliczką.

We wchodzeniu pod górę najlepszy jest odpoczynek.

 

Na zakończenie tak miło rozpoczętego dnia pojechaliśmy jeszcze zobaczyć Małą Przełęcz św. Bernarda dzielącą Francję i Włochy. Na szczęście nic nie ograniczało nam widoków, jak to było na dużej przełęczy.

       
   
Co tam robi pingwin?

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *