Podróże

Wakacje z psem: Genewa i Lozanna (dzień piąty)

Do Szwajcarii udaliśmy się przez Tunel Mont Blanc. Całe alpy posiekane są różnymi krótszymi lub dłuższymi tunelami, natomiast ten łączący włoskie Courmayeur z francuskim Chamonix jest najdłuższy (oprócz tego znany jest z okropnego pożaru z 1999r.). Przejazd nie był najprzyjemniejszy – pomimo włączonej klimatyzacji i obniżenia temperatury było duszno (piesa leżała i dyszała), a kierowca musiał uważać by cały czas utrzymywać nakazaną prędkość, ale jakoś przetrwaliśmy. Traktowaliśmy, to jako atrakcję turystyczną (oczywiście można było jechać drogą dłuższą, lecz tańszą – przejazd tunelem jest płatny).

Tego dnia zwiedzaliśmy Genewę i Lozannę. Mieliśmy pecha, bo w Genewie prawie cały czas padało i sporą część czasu musieliśmy przeznaczyć na stanie pod drzewkiem w miejscu, w którym był zakaz wprowadzania psów (chociaż tuż obok był podajnik z woreczkami na psie odchody). Nie byliśmy jedynymi turystami, którzy mieli ten problem. Tak więc, kiedy deszcz ustawał, przemykaliśmy do kolejnego punktu, w którym mieliśmy coś obejrzeć. Rzuciło mi się w oczy, że w mieście jak w wojsku, wszystkie psy bez wyjątku maszerowały na smyczy. Dobra, poza naszym, bo na deptaku nad Jeziorem Genewskim trochę pozwoliłam zwierzu pohasać. Lajka przeżyła też swoje pierwsze spotkanie z łabędziem – na szczęście miała dość rozsądku, by w porę się wycofać.

Największa atrakcja – ogromna fontanna na jeziorze.

I kolejna – kwiatowe zegary.

O.K. Czy u nas by przeszło?

W czasie deszczu – próba ustawienia Lajki w pozycji pieska na podajniku z woreczkami.

To zdjęcie ukazuje jak jawiła nam się Genewa w dżdżysty dzień.

Lozanna podobała nam się trochę bardziej – może dlatego, że wydawała się być miastem studenckim. Na ulicach było dużo młodych ludzi rozmawiających, biesiadujących i klimat zrobił się jakby lżejszy (w porównaniu do Genewy pełnej biznesmenów w drogich autach). Tam też udaliśmy się na posiłek do McDonald’s. Był co prawda pomysł żeby zjeść coś w lokalnej knajpce, ale… Po pierwsze w sieciówce w prawie każdym kraju podają to samo i szanse na trafienie na coś, czym się podtrujesz są niewielkie, a po drugie w Szwajcarii jest tak drogo, że kiedy Najlepszy Mąż przyniósł nam posiłek na taras restauracji i zobaczyłam rachunek, to przez chwilę nie mogłam dojść do siebie. W każdym razie, na nagły głód, gdy nie ma już czasu biegać po mieście  i nie chcemy ryzykować – zawsze wybieramy jakiegoś sieciowego fastfooda (na wakacjach można sobie tak poszaleć). Z piesą na tarasie nie było problemów (do środka nie próbowaliśmy wchodzić, bo akurat pogoda się poprawiła).

Takie cuda.

Najlepiej drapsia pańcia.

Podczas przerwy w zwiedzaniu: Najlepszy Mąż robi zdjęcia, a my sobie ćwiczymy.

Z małym psem – trzeba się dobrze przyjrzeć, czy jeszcze tam jest.

I na koniec: psia toaleta przy wejściu do parku, w którym psy powinny przebywać na smyczy (tuż obok był podobnie oznaczony pojemnik na woreczki).

Może Ci się spodobać

2 komentarze

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *