Podróże

W Banja Luce zostałam dziwadłem

Będąc w Chorwacji postanowiliśmy odwiedzić też sąsiednią Bośnię i Hercegowinę. Najbliżej mieliśmy do Republiki Serbskiej, więc udaliśmy się do Banja Luki – stolicy regionu i jednocześnie drugiego co do wielkości miasta w kraju. To brzmi dumnie, ale naprawdę to małe miasto, w związku z czym również atrakcji turystycznych w nim niewiele (zabytki zburzono).
Nie byliśmy pewni jak przyjmą nas z psem, bo chociaż przeważająca liczba mieszkańców w tym mieście to Serbowie (prawosławni), to zamieszkuje je też pewna liczba Bośniaków – muzułmanów, a wiemy, że u przedstawicieli tej religii z miłością do psów bywa różnie.

Nie spodziewaliśmy się jednak, że zostaniemy lokalną atrakcją. Myśmy się już z Najlepszym Mężem przyzwyczaili, że czasem się na nas gapią: on – 2 metry, ja – mniej niż 1,60 metra – razem tworzymy coś jakby zubożałą drużynę pierścienia, w której mnie przypada rola krasnoluda 😉
Rzadko do tej pory zwracaliśmy uwagę piesą – chyba, że ciągnęliśmy ją gdzieś, gdzie na ogół psy nie bywają. Tym razem jednak to Lajka „zrobiła szał”. Jak zgaduję to derka w truskaweczki oraz obroża w koniki pony (wszystko różowiutkie) sprawiły, że ludzie na naszej drodze odwracali się po minięciu nas, komentowali, pokazywali sobie nawzajem palcami. A może była to tylko kwestia ubranego psa. W Warszawie czasem ktoś zwróci uwagę na „styl” naszego psa (bo ubrany pies już chyba nikogo nie dziwi), w Zagrzebiu było podobnie, a tu poczułam się jak przybysz z kosmosu. I te spojrzenia – na mnie, na psa, na mnie – brakowało tylko żeby popukali się jeszcze w czoło. Może różowy jest niemodny w tym sezonie? 😉

Pisałam już trochę o ubraniach dla psów. Myślę, że jeśli pies wymaga ubrania zimą, to nie robimy mu krzywdy, jeśli tylko ubranie jest ciepłe, wygodne, funkcjonalne i bezpieczne. Wygląd tego ubrania ma drugorzędne znaczenie. My np. na spacery po krzakach mamy niemiłosiernie pozaciąganą granatowo-szarą derkę, która wygląda jak wyciągnięta ze śmietnika. Jeśli ktoś ma potrzebę ubrać psa w moro, albo z elementami skóry i ćwiekami, to też nie widzę problemu. Pies ma w nosie jak wygląda, a ja lubię różowy. Ktoś mnie może potem oceniać jako „paniusię z pieseczkiem” (co mi się chyba zdarzyło po raz pierwszy) i nie jest to dla mnie problem, bo wiem, na co się wystawiam, ubierając tak psa.

[A na marginesie do czytelników: Oceniacie psy i opiekunów po wyglądzie?]

Prawdopodobnie ekspozycję na zainteresowanie zwiększyłam nosząc Lajkę dość często na rękach. Niestety w Banja Luce dość szczodrze sypie się chodniki solą, więc nie bardzo miałam wybór. „Łapki szczypią, pańcia pomóż” – czy można odmówić smutnym pieskowym oczętom. Niby można, ale czy mamy potem czas, żeby te wyżarte solą łapy leczyć…

Spacerkiem obeszliśmy miasto mając niezłą zabawę z uwagi jaką na siebie ścigaliśmy. Pierwszym punktem wycieczki był sobór Chrystusa Zbawiciela, czyli taka prawosławna katedra. Nówka-sztuka z ostatniego przełomu wieków – budynek rozpoznawalny jako znak miasta, ale niczym szczególnym nie powala. Popatrzyliśmy i szybciutko uciekliśmy.

Nieco dalej po drodze zobaczyliśmy ciekawą pizzerię i kiedy zaczęłam przeglądać internety, to okazało się, że nie jesteśmy jedynymi turystami, którzy się nią zainteresowali i ją fotografowali. W każdym razie nie próbowaliśmy wejść do środka z piesą.

W trakcie zwiedzania zawsze znajdujemy chwilę na zabawę i trening. Często w tym celu wykorzystujemy elementy środowiska np. słupki.

Znaleźliśmy też najstarszy budynek w mieście, czyli znajdującą się nad brzegiem rzeki Vrbas średniowieczną twierdzę. Trzeba przyznać, że nieco podupadła i wygląda dość niechlujnie.

W momencie, gdy wychodziliśmy ze zrujnowanego zamku byliśmy już naprawdę głodni, więc postanowiliśmy poszukać psiolubnej restauracji. Tuż po przekroczeniu mostu spotkaliśmy mężczyznę z Airedale Terrierem. Pies zaczął bawić się z Lajką. To była druga osoba z psem, którą zobaczyliśmy w tym mieście. Jako, że nawiązała się między nami pogawędka Najlepszy Mąż zapytał, czy zna jakieś lokale przyjmujące zwierzęta. Okazało się, że w Banja Luce była jedna restauracja, do której można było wejść z psem, ale już splajtowała. Poza tym nawet w lato jest problem, żeby z psem usiąść w ogródku restauracyjnym.
Spotkany przez nas chłopak był tak miły, że podszedł z nami do najbliższej restauracji zapytać, czy wpuszczą nas z piesą. Okazało się, że nie. W następnej było podobnie, ale oprócz tego kelner potwierdził, że w Banja Luce nie ma ani jednego lokalu gastronomicznego, do którego można wejść z psem. To by było na tyle.
W związku z takim niespodziewanym obrotem spraw i bardzo pustymi żołądkami, postanowiliśmy wrócić do autka i podjechać w to miejsce, bo upatrzyliśmy już sobie małą czewapiarnię. Ruszyliśmy w drogę powrotną, spacerem wzdłuż rzeki, w promieniach powoli zachodzącego słońca.

Odebraliśmy nasze autko z parkingu i wróciliśmy do bardzo niepozornego, ale (jak się okazało) prawdopodobnie najlepszego baru z czewapami w mieście „Kod Muje” (jeden z trzech rodzinnych lokali). Oczywiście zamówiliśmy na wynos i zjedliśmy w samochodzie, po czym z ulgą wróciliśmy do Zagrzebia.

Kilka dodatkowych informacji o psach w Banja Luce: Jeszcze dwa lata temu w tym niewielkim mieście (liczącym około 300 tysięcy mieszkańców) było 28 stref, do których nie można było wprowadzać psów. Były to nie tylko parki czy skwery, ale też deptaki, w tym dość duży obszar oznaczony jako centrum miasta – ludzie mieszkający w tym rejonie nie mogli wyjść przed blok z psem. Za złamanie zakazu groziły kary w wysokości 50-500 euro.
Od jakiegoś czasu władze Banja Luki wprowadzają zmiany, m.in. powyżej opisany zakaz zniesiono, a w mieście powstał pierwszy wybieg dla psów.

Może Ci się spodobać

2 komentarze

  • Odpowiedz
    D.
    26/01/2015 o 18:25

    Muszę przyznać, że Banja Luka to naprawdę wyjątkowo nieprzyjazne psom miasto. Aż mi się wierzyć nie chce, że miałam czelność narzekać na warszawę.
    Swoją drogą, poruszyłaś ciekawy problem oceniania ludzi i ich psów po wyglądzie psio-ludzkiego teamu. Na początku powiedziałam sobie – no pewnie, że tak nie robię, ale po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że owszem, jednak robię. Małe pieski na rączkach ubrane w pstrokate ciuszki i obroże z cyrkoniami, a do tego właścicielki w ubraniu po kolor to zestawy, które omijam z daleka – po prostu zbyt duże mam szansę na krzyki typu "pani zabierze tego psa mordercę".

    • Odpowiedz
      filozof
      28/01/2015 o 06:57

      Ej, ponarzekać zawsze sobie można – w końcu Warszawa tez idealna nie jest 😉

      Myślę, że każdy tak robi. Oceniamy ludzi po wyglądzie, oceniamy też psy. W końcu "wizualne" dane to pierwsze i nierzadko jedyne co dostajemy, a jakoś trzeba sobie cały świat w głowie poukładać. Ważne by być świadomym tego faktu oraz tego, że możemy się mylić 🙂
      I trzeba docenić, gdy człowiek potrafi się sam do tego przyznać – myślę, że to akt odwagi. Chapeau bas!

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *