Podróże Restauracje

Trzy praskie knajpki

W Pradze problemów z wejściem z psem do restauracji raczej nie uświadczycie (chyba, że kłamstwem jest wychwalana w internetach psiolubność Czechów). Chciałam jednak opisać trzy miejsca, w których my zdecydowaliśmy się spożywać posiłki – może te informacje przydadzą się wam kiedyś.
Po lewej znajduje się zdjęcie z Planety Žižkov – baru, który najbardziej mi się spodobał. Po wizycie w Ogrodzie Zoologicznym i spacerze po Žižkovie postanowiliśmy zjeść obiad w tej dzielnicy. Jako, że nie chcieliśmy długo szukać, poradziliśmy się internetów, które wskazały to miejsce. Ważna uwaga: części dla palących i niepalących w lokalu praktycznie nie są fizycznie rozdzielone, więc osobom o bardziej wrażliwym powonieniu może śmierdzieć dymem papierosowym (my nic nie czuliśmy, ale nasza towarzyszka podróży m.in. z tego powodu ewakuowała się by zjeść w innym miejscu). Fakt, że niechcący klapnęliśmy w części dla palaczy (akurat nikogo tam nie było). Zamówiliśmy to co widać na zdjęciu. No, może troszkę więcej, bo nie zrozumieliśmy się z kelnerką i jedna przystawka nie dotarła, ale kiedy zobaczyliśmy jakiej wielkości są porcje nie próbowaliśmy już interweniować w tej sprawie. Oczywiście nikogo nie winimy za nieporozumienie – tak to jest jak się rozmawia po polsko-czesko-angielsku. Obsłudze nie mamy nic do zarzucenia. 
Piesa zadowolona po intensywnym dniu, walnęła się na podłogowych dechach i przysypiała nie wadząc nikomu.
Jeżeli chodzi o jedzenie, to mój burger był bardzo dobry i dało się go zjeść przy pomocy tylko i wyłącznie rąk, co dla mnie jest zaletą (wyjątkowo głupio się czuję kiedy muszę tę bułę jeść używając noża i widelca). Smaczny kotlet i bułka, dużo warzyw (ale nie na tyle żeby mi próbowały uciekać) i dobrze dobrany sos.
Najlepszy Mąż niestety źle zinterpretował menu i po przyniesieniu do stolika, befsztyk okazał się być tatarem (zdarza się) dodatkowo podanym z ogromną ilością grzanek. Mnie to nawet nie dziwi, bo kiedyś zamówiłam pół bawarskiego kurczaka będąc przekonaną, że zamawiam kurczaka po pół-bawarsku (jakoś do głowy mi nie przyszło, że można serwować tak duża porcję). Natomiast grilowane warzywa (jedyna dostępna zielenina zamówiona do mięsa) były smażone i to w sporej ilości tłuszczu. Zamówiony starter – hermelin, nie był bardziej dietetyczny.
Wyszło tłuściutko, ale pysznie. Na pewno nie każdy polubi taką kuchnię, nam jednak smakowało. Trzeba też dodać, że było niedrogo. Na koniec mieliśmy małą przygodę. Kiedy Najlepszy Mąż poprosił o rachunek, kelnerka zapytała „jeden?”, a on przytaknął (może myślała, że osobno się rozliczamy). Zamiast rachunku otrzymał kolejne piwo, jednak nie narzekał i się poświęcił – wypił 🙂 Takie tam podobieństwo angielskich wyrazów.

Piecheł wypoczywał.
Tak wygląda wnętrze Planety.
Miejsce na pierwszy obiad wybieraliśmy w pośpiechu. Byliśmy już dość głodni po kilkugodzinnym zwiedzaniu miasta, więc weszliśmy do pierwszej knajpki znalezionej w cichej uliczce. Był to Corsaire (bar w stylu marynarskim?). Z wyglądu raczej nieciekawy, ale za to w dość spokojnym miejscu i z małą liczbą gości. Zaraz po tym jak usiedliśmy, pod naszym stołem wylądowała miska z wodą dla psa. Na ogół mi na tym nie zależy (i tak mam zawsze własną miskę razem z wodą na wszelki wypadek), ale dzień był upalny, więc byłam zadowolona. Zamówiliśmy obydwoje jako startery grilowane ziemniaki z boczkiem i sosem czosnkowym, a jako danie główne smażony ser z frytkami. To był początek naszego fatum, bo starter przyszedł jeden i oczywiście ja pierwsza się do niego zabrałam, a Najlepszy Mąż się swojego nie doczekał (trochę się z nim podzieliłam 😉 ). Smażony ser serwowany był z frytkami i muszę przyznać, że trochę się zawiedliśmy, że nie ma do niego żadnej surówki. Szczególnie rozczarował nas sos, który był podany w opisie dania w karcie, niestety na talerzu już nie. Ser z frytkami był smaczny tylko dość suchy i przez to trudny do przełknięcia. Wszystkie te przyjemności mieliśmy na szczęście za niewygórowaną cenę. Nie mówię, że to złe miejsce tyle tylko, że trzeba bardzo pilnować swojego zamówienia, bo obsługa miła tylko prawdopodobnie gapowata. Było przeciętnie, co utwierdza mnie w przekonaniu, że przed wyjściem na jedzonko trzeba zrobić „risercz”.
Trzecie, bardzo przyjemne miejsce stało się naszym azylem po deszczowym spacerze po Petrzynie. Zmęczona i przemoczona zażądałam napojów rozgrzewających najszybciej jak to było możliwe. Troszkę się nachodziliśmy szukając odpowiedniego miejsca, troszkę tradycyjnie poradziliśmy internetów i trafiliśmy do restauracji Tkalcovský dvůr. Tak jak napisałam, naszym zamiarem nie było tym razem najedzenie się do syta, lecz rozgrzanie odpowiednimi płynami. Skusiliśmy się jednak na kilka drobnych przekąsek, czyli na: frytki, placki ziemniaczane oraz krążki cebulowe i byliśmy z nich całkiem zadowoleni. W środku było gwarno i ciepło, bardziej dojrzali klienci zamawiali obiady, młodsi głównie piwo, wszyscy wydawali się być zadowoleni.
Myślę, że Lajce spodobała się wykładzina dywanowa pod stolikami (nic się nie rozjeżdża i jest cieplutko).
Lokal ten posiadał też jedną z większych zalet praskich pubów, czyli bardzo tanie (w porównaniu do naszych warszawskich cen) i bardzo dobrej jakości piwo (w porównaniu do tego co na ogól jest lane w lokalach w pięknym kraju nad Wisłą). Miła atmosfera oraz smakowite dania i trunki sprawiły, że zasiedzieliśmy się w tym miejscu wyjątkowo długo. No dobra, mieliśmy też mokre stópki i wcale nie chciało nam się iść do hotelu.
Przemoczona piesa.
Placuszki „palce lizać”.

Może Ci się spodobać

1 Komentarz

  • Odpowiedz
    Ola Mikler
    14/06/2014 o 18:45

    Super,że można tam znaleźć takie psiolubne miejsca 🙂

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *