Treningowe zawody agility, czyli jak zawstydzić siebie samego

W ostatnią niedzielę wzięłyśmy z Lajką udział w treningowych zawodach agility na Placu Agility w Warszawie. Zawody treningowe to takie, które w żadnych oficjalnych rankingach się nie liczą, za to można przyjść poćwiczyć i się sprawdzić. Trzeba jednak dodać, że pomimo tego sędzina była z importu – Jess Clarehugh z Wielkiej Brytanii – co zawsze (przyznacie) brzmi dumnie. My wystartowałyśmy na poziomie „dno i wodorosty”, czyli w Jumping Zero, czyli na najniższym możliwym stopniu zaawansowania – cóż… trenujemy, trenujemy, ale asami nie jesteśmy. W dodatku już kilka dni przed startem stwierdziłam, że zrobimy „wiochę”, bo przypomniało mi się, że będziemy miały dwutygodniową przerwę pomiędzy ostatnim treningiem a zawodami (co oczywiście było moją winą). Nie zawiodłam się… a pomyślałby kto, że taka jestem słowna?
Jednak „do odważnych świat należy” – nie odwołałyśmy naszego startu, lecz z nadzieją w sercu ruszyłyśmy na podbój toru 😉
Muszę częściowo pochwalić moje zwierze – Lajka (prawdopodobnie z powodu brania wcześniej udziału w psich imprezach) zachowuje się czekając na start bardzo spokojnie. Nie emocjonuje się niecodzienną ilością ludzi i psów dookoła. Ona sobie leży i czeka aż pańcia każe coś robić. W międzyczasie wystawia mi brzucha do miziania (niech się pańcia nie leni) chyba, że zobaczy zainteresowanie ze strony kogokolwiek znajomego, to też próbuje subtelnie acz jednoznacznie namówić na mizianki. Warunki do leniwego odpoczynku były cudowne – słoneczko i wiaterek, aż sama momentami myślałam, że przysnę (hmm… ja mam chyba jakiś problem ze sportowymi emocjami). Zdjęcie na górze zrobione było już po naszych przebiegach, dlatego piesa ma minę pokazującą jak bardzo jest zdeterminowana by się w końcu przespać.
Czekały nas dwa przebiegi: pierwszy treningowy, na którym można mieć ze sobą zabawkę i nagradzać psa oraz drugi z liczonym czasem, kiedy to trzeba się spiąć i pokazać co się potrafi, aby potem ewentualnie odebrać medal, rozetę, czy inne „milijardy” nagród (definitywnie nie nasz przypadek).
Kiedy podczas ustawiania toru dla nas zobaczyłam, że wyciągają miękki tunel, to od razu wiedziałam, że będzie źle. Starałam się sobie przypomnieć kiedy ostatnio go ćwiczyłyśmy. Kilka miesięcy temu? Tak, chyba jesienią. Przyznaję się do winy – gdybym nie opuściła ostatnich treningów, miałybyśmy okazję to poćwiczyć.
Lajka przyglądała mi się podczas 10-cio minutowego zapoznania z torem (na wszelki wypadek, gdyby zdecydowała się dołączyć, przywiązałam ją do ogrodzenia), ale kiedy wróciłam znów postanowiła odpoczywać.
Za pierwszym razem nie zauważyłam, że to już nasza kolej żeby biec, więc wołano nas kilka razy (za drugim też się chyba nie wykazałam refleksem). Wybiegłam na tor, ale po okrzykach zorientowałam się, że coś jest nie tak. Obracam się, a tam spogląda na mnie Lajeczka wciąż leżąca na naszym kocyku. Zaśmiałam się i wróciłam po psa. Sprawa jasna – przecież nie powiedziałam jej, że idziemy tylko pobiegłam sama w tym zamieszaniu, to po cóż ona miałaby się zrywać.
Lajka pobiegła wolno (na tle innych psów), ale ładnie (przynajmniej dla mnie – czy rzeczywiście to się jeszcze okaże, gdy obejrzymy film) i oczywiście pomimo próby nie zdecydowała się na samodzielne przebiegnięcie miękkiego tunelu (musiałyśmy poprosić o potrzymanie nam „szmaty” – jak to ja określam). Jednak nie poddałam się i za każdym razem dokończyłyśmy przebieg (cóż, że „na tarczy”).
Podsumowując: jestem zadowolona. Lajka zrobiła dokładnie to co przewidziałam i w sposób jaki przewidziałam. Chociaż zaskoczenie choćby odwagą i szybkością byłoby wskazane 😉
Było to miłe, spokojne, bezstresowe „przed i po” południe.
Zapomniałabym dodać, że z naszego teamu to ja się tak naprawdę zbłaźniłam podczas późniejszego startu charytatywnego (pieniądze z opłat za bieg zasiliły fundusze fundacji). Jako, że było mi już błogo (ululana byłam słoneczkiem) i wszystko jedno (ważne, że spełniam dobry uczynek – pomagam pieskom), to całkowicie odpłynęłam myślami podczas tego biegu. Efekt? Raz stanęłam na torze i zastanawiałam się „to dokąd teraz”, a raz po histerycznym dreptaniu pokazałam psu złą przeszkodę.
Mistrz, normalnie mistrz nad mistrzami 😀
Jakoś nie mogę o naszym uczestnictwie w tych zawodach myśleć poważnie, chociaż zawody to zacne były.

8 thoughts on “Treningowe zawody agility, czyli jak zawstydzić siebie samego

  • 04/06/2014 at 11:13
    Permalink

    Czy filmik będzie dostępny dla czytelników? 😀 Gratuluję odwagi!

    Reply
    • 04/06/2014 at 13:17
      Permalink

      Filmowała nas koleżanka, więc jeśli pozwoli, to udostępnimy coby wszyscy mogli podziwiać w internetach nasze łajzowatości 😉

      Reply
    • 05/06/2014 at 15:35
      Permalink

      To akurat były nasze drugie zawody agility – pierwsze też były treningowe, ale na tamtych się aż tak nie wygłupiłyśmy 😀
      Jednak obu nam się podobało, więc nie szkoda tej niedzieli 🙂

      Reply
  • 05/06/2014 at 17:58
    Permalink

    Świetny opis zawodów: najbardziej podobał mi się poziom "dno i wodorosty" chociaż ciężko mi uwierzyć, żeby taka ogarnięta Lajka z taką mądrą pańcią rzeczywiście zniżyły się do wodorostów. 😉

    Reply
    • 06/06/2014 at 04:48
      Permalink

      Może to wstyd się tak bezczelnie przyznawać, ale było dokładnie tak jak opisałam – fatalnie 😀

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *