Pogoń za zwierzyną i ucieczki do psów – wskazówki do okiełznania psa na przykładzie Lajki

Pisałam nieraz o problemach jakie miałam z Lajką i niektórzy zainteresowali się, jak sobie z nimi radziłyśmy. Najpierw myślałam o kilku osobnych wpisach, ale dwa tematy postanowiłam połączyć ze sobą z przyczyn, które za chwilę podam. Chodzi o pogoń za zwierzyną i uciekanie od właściciela do każdego spotkanego psa. Pozornie są to dwa bardzo różne problemy. Różnica występowała u nas już na poziomie motywacji psa. Piszę „u nas” ponieważ mogę wyobrazić sobie psa, u którego wymykanie się spod kontroli opiekuna następowałoby w obu przypadkach z tego samego powodu/w tym samym celu, jednak byłby to dziwny pies, a właściciel mógłby mieć duży problem. U Lajki nie było żadnych niezwykłości, czyli: występowała u niej pogoń za zwierzyną jako element łańcucha łowieckiego, zaś podbieganie do psów celem zabawy było związane z popędem socjalnym.

W obu wypadkach piesa na spacerze wkraczała do parku jakby szła na polowanie w swoim własnym królestwie – wszystko zaczynało się od poszukiwania ofiary, którą będzie można pogonić, lub która zgodzi się gonić Lajkę – piesa dreptała sztywnym kłusem, wyprostowana jak struna, ciałko naprężone, klata wysunięta do przodu, ogonek dumnie postawiony jak szczotka, uszka nastawione do góry a główka chodziła jej w prawo i w lewo, gdy wzrokiem przeczesywała teren. Różnica pojawiała się chwilę później, gdy piesa dostrzegła interesujący obiekt. Gdy był to pies, zatrzymywała się na chwilę by go zidentyfikować (co to za zwierzę) i po chwili ruszała galopem prosto na niego – w typowo szczenięcy, całkiem niekulturalny sposób (dziś wita się tak już tylko ze swoimi najlepszymi kumplami) – najchętniej lekko go zaczepiając i prowokując do pogoni. Jakiekolwiek chwila wahania nie wchodziła w grę. Natychmiast po identyfikacji następował dziki pęd, często nawet nie przerywany po dotarciu do psa, a jedynie zamieniany na obieganie w koło, dobieganie i odbieganie.
Swoim zachowaniem Lajka stwarzała niebezpieczeństwo zagrażające głównie jej samej. Jako niewielkie i bardzo pokojowo usposobione zwierze absolutnie nie potrafiące się bronić wystawiała się i prowokowała do ataku. Mogła też wystraszyć, spłoszyć i sprowokować do niekontrolowanej ucieczki psa bojącego się innych psów. Wiedziałam, że to zachowanie trzeba natychmiast ukrócić.

Jeśli jednak Lajka znalazła wcześniej na przykład kaczkę, po zatrzymaniu się zaczynała się skradać, a po kilku krokach ruszała na ptaka pędem, czasem nawet w ostatniej chwili wyskakując w powietrze i kłapiąc zębami za kaczym ogonem. Na szczęście piesa nie realizowała łańcucha łowieckiego do końca, a nawet czasem zwalniała – jeśli uciekające zwierzątko było zbyt wolne – by pozwolić mu na ucieczkę. Przyznam, że jej zachowanie na początku mnie nieco dziwiło, bo wyglądało to trochę jak zabawa – co prawda niezbyt pożądana przez zwierzaka.
Nie oszukujmy się, jeśli coś nie do końca wygląda jak zabawa, to dla bezpieczeństwa przyjmijmy mniej optymistyczną wersję. Widziałam choćby po Lajki zabawach, że drugi koniec łańcucha łowieckiego jest zawarty w jej etogramie – chwyt aportu, rozszarpywanie zabawki. Nie wiedziałam tylko czy, a jeżeli tak, to kiedy objawi się on w starciu ze zwierzęciem innego gatunku. Nie chciałam ryzykować tego, że Lajka zobaczy jak „fajnie” jest łapać i zabijać. Miałam już kiedyś psa „mordercę” i nie było przyjemne nieustanne pilnowanie go by nie dziabnął np. kota. Ponadto w mieście patrząc pod tym kątem czeka na psa mnóstwo niebezpieczeństw np. kot na drugim końcu parkingu, kaczka po drugiej stronie ulicy. Tak więc opanowanie tego zachowania było jednym z naszych priorytetów.

Pozornie różne problemy (z dwoma odmiennymi rodzajami motywacji) łączę ponieważ w zasadzie pracowałyśmy nad nimi bardzo podobnie. Można powiedzieć, że to co opisałam powyżej, to nie były prawdziwe problemy, ale to co wynikało z naszych kłopotów i co dzięki nim mogło ujrzeć światło dzienne. Prawdziwymi problemami nazwałabym:
– brak komunikacji (jak dotrzeć do psa po wcześniejszych nieudanych adopcjach, który w pierwszym roku życia nie nauczył się od ludzi chyba niczego)
– brak samokontroli u Lajki (co w główce, to i w nóżkach)
– brak podstawowych umiejętności takich jak przywołanie.
Po takim wstępie mogę po kolei w punktach opowiedzieć o tym nad czym pracowałyśmy, a co w istocie sprowadzało się do zaspokojenia potrzeb psa, wypracowania systemu komunikacji oraz opanowania targających Lajką instynktów:

1. Przywołanie.
Żeby spuścić psa ze smyczy trzeba mieć pewność, że ten pies wróci. A jeśli chcemy by wracał do nas od upatrzonej atrakcji (inny pies, zwierzę, sterta podgniłego jedzenia) musi mieć przywołanie opanowane do perfekcji. Można oczywiście mieć wypracowane również tzw. „przywołanie awaryjne”, czyli rzadko używane, ale za to bezwzględnie wykonywane. Ja zdecydowałam się na jedną komendę. Psy mają fantastyczną umiejętność czytania ludzi. Wiedziałam, że Lajka nauczy się rozumieć kontekst sytuacji i do niego dopasowywać szybkość i precyzję reakcji. Nie myliłam się. Zresztą w każdej sytuacji niespodziewanej i niebezpiecznej (czyli wtedy, gdy wykorzystalibyśmy przywołanie awaryjne) nie do końca panujemy nad sobą, więc wydajemy z siebie bardzo dziwne odgłosy. Piesa doskonale wie, że przeraźliwe wyjące, czy zduszone charczące „do mnie” nie jest prośbą tylko rozkazem i wywołuje błyskawiczną reakcję. Trudno jest opanować głos tak by nie było w nim słychać nutki histerii – i bardzo dobrze – niech pies wie, że jest źle (chyba, że jakiś pies w takich sytuacjach zrywa się do ucieczki). Z drugiej strony, rzucone jakby od niechcenia „do mnie”, w czasie gdy piesa spokojnie wącha krzaczki skutkuje niezmiernie flegmatycznym powrotem.
Ćwiczyłyśmy praktycznie – na lince, w parku, głównie na zabawkę albo zabawę. Nasza metoda nie była: podręcznikowa, najłatwiejsza, metodą małych kroków. Była za to w mojej ocenie szybka i skuteczna.
Nie wyobrażam sobie, żeby uwięzić młodego, pełnego energii psa na smyczy. Codzienne spacery odbywamy w parku, gdzie jest dużo miejsca do wyhasania się i trzymanie Lajki na uwięzi byłoby okrucieństwem. Już w pierwszych dniach (jak tylko piesa oswoiła się nieco z otoczeniem – w końcu taka adopcja to czyste szaleństwo i zawrót głowy dla wszystkich członków rodziny – również tych najmłodszych stażem) zaczęłyśmy pracować na lince – do parku wchodziłyśmy na smyczy – tam przepinałam Lajkę na linkę. Gdy piesa próbowała oddalić się w kierunku, którego nie aprobowałam podawałam komendę na podejście do mnie, jeśli mimo to próbowała odbiec, to przydeptywałam linkę i spokojnie czekałam, aż mały móżdżek był w stanie się skoncentrować, wtedy głosem i gestami wabiłam psa do siebie, czasem kucałam, nagradzałam zabawą lub smakiem. Jednak często linka była poza moim zasięgiem. Wtedy wykrzykiwałam komendę (dla początkującego zwierza to za mało), a następnie uciekałam z piskiem, śpiewem i w podskokach, podrzucałam zabawkę. Robiłam wszystko żeby przekonać piesę, że u mnie jest taka impreza, że w całym parku takiej nie znajdzie – gdy już Lajka zbliżyła się do mnie nagradzałam ją zabawą. Głup na całego dawał nam obydwu wiele radości. W trakcie nauki i utrwalania komendy po przywołaniu piesa była puszczana z powrotem do zabawy. Co jakiś czas podczas spaceru przywoływałam Lajkę bez powodu, tylko po to by móc ją nagrodzić i pozwolić znów biegać. Przed powrotem do domu po prostu czekałam aż będzie blisko i wtedy przepinałam ją na smycz, żeby przywołanie nie skojarzyło jej się z końcem zabawy.
Po tygodniu piesa mogła już chodzić bez linki, ale niewiele później spaliłam przywołanie i musiałyśmy nauczyć się nowej komendy 😉

2. Posłuszeństwo.
Wspólna praca, w dodatku przyjemna i efektywna pomaga budować więź psa i opiekuna oraz  poprawić komunikację pomiędzy nimi. Ćwiczymy z psem w różnych miejscach i sytuacjach przyzwyczajając go do tego, że wykonuje nasze polecenia niezależnie od okoliczności. To ważne – nauka choćby podstaw posłuszeństwa zwiększa szanse, że pies zrezygnuje z tego co robi na rzecz tego co każemy mu wykonać. Dlatego na naszych zdjęciach z podróży czasami widać jak ćwiczymy posłuszeństwo. Podczas spacerów też nie mamy jednego ulubionego miejsca do ćwiczeń.
Najważniejszą rzeczą jest koncentracja na przewodniu. Wiele osób uczy psa komendy „uwaga” albo „patrz” oznaczającej początek pracy – na ten znak pies powinien spojrzeć i skoncentrować się na przewodniku. Ja wolę użyć imienia psa. Jest to dla mnie dużo bardziej naturalne (w końcu do ludzi też mówimy po imieniu, gdy prosimy ich o uwagę) i łatwiejsze do wykonania w rozproszeniu i odległości. Kiedy krzyknę „Lajka” piesa wie, że za chwilę będę się do niej zwracać i jest większa szansa, że usłyszy słowa skierowane bezpośrednio do niej.
Warto zacząć od podstaw, czyli od nauki wykonywania komend, które przydadzą się w życiu codziennym. Dobrze nauczone „siad” w niejednej sytuacji może z powodzeniem zastąpić przywołanie, bo nie zawsze potrzebujemy ściągnąć psa do nas – czasami wystarczy go zatrzymać (siad jest lepszy od np. „stój” ponieważ trudniej się zerwać do biegu z tej pozycji). Każdy jest w stanie mniej więcej poukładać w swojej głowie jakie umiejętności ułatwią jemu i psu wspólne życie. A jeżeli macie więcej energii i czasu to dobrą rozrywką dla obu stron z pewnością okaże się nauka sztuczek.
Jedną z pierwszych rzeczy prostych i przydatnych, których nauczyłam Lajkę było wcześniej wspomniane „siad” oraz „waruj”. Zdaje się, że w naszym przypadku kolejność była odwrotna, ponieważ w domu mam dość śliskie podłogi i chwilę trwało zanim piesa przyzwyczaiła się do siadania na nich. Jeszcze przed tym było zatrzymywanie w miejscu, nie w bezruchu  – Lajce było wolno obrócić się usiąść czy położyć – miała zatrzymać się i poczekać na mnie. Po co? Chociażby po to, żeby nie nauczyła się samodzielnego przekraczania ulicy. Tak wyszło, ponieważ było to wygodniejsze od tradycyjnego „zostań”, przy którym pies nie może się ruszyć, a była piesa młodziutka i bardzo energiczna.
Miewamy przerwy kilkudniowe w nauce nowych rzeczy, czasami zostawiamy coś nieskończone lub zaniedbujemy coś wyuczonego, czasami nie mam weny i trening ogranicza się do wykonywania tego co już umiemy, niekiedy szlifujemy detale lub nauka przybiera formę dzikiej zabawy (np. nauczenie psa, że drewniany koziołek nie jest „be” i aportowanie go to wspaniała rzecz). Ważna jest współpraca 🙂

3. Zabawa, czyli przekierowanie instynktu.
Przede wszystkim trzeba nauczyć psa, że z człowiekiem też można bardzo fajnie się bawić (ale to jest podstawa, która jest potrzebna do każdej nauki). Potem zapewnić mu możliwość realizacji jego potrzeb.
Aportowanie piłki może częściowo zaspokoić potrzebę pogoni – trzeba co prawda poświęcić trochę czasu na naukę, by czynność ta była przyjemna dla obu stron (ludzie na ogół nie reagują tak entuzjastycznie, gdy muszą iść po zgubioną w trawie piłeczkę). Piłka nie jest tak żywa i interesująca jak zwierzątko, jednak my musimy zrobić wszystko by taka była, a pies będzie musiał się zadowolić taką zdobyczą.
Wspólna zabawa szarpakiem zastępuje rozszarpywanie ofiary, którego miejmy nadzieję pies nie zdążył jeszcze poznać.
Nie przypominam sobie problemów z przeciąganiem. Pomimo tego, że Lajka jest bardzo delikatnym psem, to uwielbia się szarpać, kiedy uda jej się złapać zabawkę trzyma ją tak mocno i tak bardzo nie chce zrezygnować, że można ją na niej nawet podnieść. Należy pamiętać, żeby nie zniechęcać psa i od czasu do czasu pozwolić mu wygrać, czyli pozwolić żeby odebrał nam zabawkę. Podstawowe zasady tej zabawy to: trzymanie szarpaka w miarę nisko (tak by pies nie musiał mieć cały czas zadartej głowy), nie nachylanie się nad psem (większość psów za tym nie przepada), nie szarpanie zbyt energiczne (zaleca się delikatne ciągniecie w kształt ósemki). Od tego wszystkiego są oczywiście wyjątki, bo przecież są psy, które chętnie zamienią te zabawę w psio-ludzki wrestling (mam na myśli takie zapasy na niby). Im bardziej pies polubi tę zabawę, tym mniej potem będzie od nas wymagał w kwestii zachowania powyższych zasad, więc z czasem będzie prościej. U nas czasami kończy się to wszystko kotłowaniem po ziemi i „gilaniem” oraz delikatnym podszczypywaniem psa, ale to już jest zupełnie inna zabawa…
Nauka aportowania była drogą przez mękę. Lajka lubi mieć w pysku tylko miękkie przedmioty, małe piłeczki i szybko traci nimi zainteresowanie. Na początku tylko dobiegała do rzuconej zabawki i łapała ją w pysk po czym traciła zainteresowanie i puszczała ją. Starałam się stopniowo nagradzać ją za podchodzenie z zabawką coraz bliżej do mnie, aż wreszcie nadszedł ten dzień, że Lajka zrozumiała jak bardzo przyśpiesza zabawę oddanie mi piłki do ręki. Trwało to długo. Przy czym muszę dodać, że naprowadzanie Lajki na dane zachowanie w tym wypadku było łatwiejsze i szybsze bez klikera. Przypuszczam, że to kwestia emocji i motywującej roli mojego entuzjazmu.
I co najważniejsze dla nas jako partnerów w zabawie: dążymy do tego, aby dla psa być najlepszymi kompanami, aby nikt nie mógł się z nami równać.

4. Samokontrola.
Realizacja trzech poprzednich punktów daje naprawdę wiele. To podstawy dające nam narzędzia do dalszej pracy. Kiedy już doszliśmy do momentu, że nasz pies zna kilka podstawowych komend i dość chętnie je wykonuje – nie tylko na treningu, ale w zwykłych sytuacjach po prostu jak to się mówi „słucha się nas”, w dodatku mniej więcej rozumiemy się nawzajem i jesteśmy dobrymi kumplami w zabawie, to najwyższa pora by pomóc naszemu psu w byciu bardzo grzecznym. Innymi słowy po ogólnych zasadach przyszedł czas na konkret.
Często mówi się o tym, że bardzo podekscytowany pies nie tyle nas nie słucha, co wcale nas nie słyszy. Sami to możemy zaobserwować podczas mówienia do psa w takich sytuacjach, gdy nie dostajemy od niego żadnego znaku, że nas usłyszał (oko ani ucho nie drgnie). Ludzie również „wyłączają się” kiedy są czymś bardzo zajęci. Nasza rola będzie polegała na pomocy psu we włączeniu opcji „mózg” gdzieś pomiędzy „widzę” a „biegnę”. Jeśli nam się to uda, to może być też tak, że pies nas słyszy, ale nie jest w stanie się opanować. I wtedy musimy nauczyć go jak poradzić sobie z emocjami. Jeśli już nauczymy psa reagować na nasze polecenia w momencie pobudzenia, to będzie go można odwołać w momencie gdy ruszy w pogoń.
Podczas naszego treningu kluczowe było przewidywanie zagrożeń, czyli obecności: psów, ptaków, kotów – mieście poza ptakami i kotami psy nie mają raczej zbyt wiele okazji do pogoni za zwierzyną (może się od czasu do czasu trafi jakiś szczur czy coś innego). Do pewnego stopnia jest to możliwe jeśli dobrze znamy okolicę, w której spacerujemy, ale nie oszukujmy się – przez większość czasu trzeba mieć „oczy dookoła głowy”, co nie jest łatwe jeśli chcemy widzieć i wiedzieć przed psem – prawdopodobnie jedyną naszą przewagą jest wzrost.
Ćwiczyłyśmy tak: Kiedy widziałam kaczkę w pobliżu (u nas problem dotyczył głównie tych zwierzątek, bo w okolicy jest ich sporo) najpierw starałam się złapać z Lajką kontakt i natychmiast przywołać do siebie (na początku dużo łatwiej opanować psa, który znajduje się blisko) – za co bardzo ją nagradzałam. W początkowym etapie kazałam psu siadać (jak wspomniałam z siadu trudniej wystartować) i swoim ciałem zasłaniałam mu przynajmniej częściowo kaczki. Starałam się skupić piesę na sobie, chwaliłam i nagradzałam ją za spokojne siedzenie. Po czym robiłyśmy jeden lub kilka kroków (ja pomiędzy kaczką i piesą) i znów „siad” – po drodze piesa również była nagradzana i cały czas zachęcana do poświęcenia mi uwagi. Stopniowo mogłam wycofywać pomoc moim ciałem (zasłanianie) oraz zmniejszać dystans dzielący nas od kaczek. Z zabawą z psami było bardzo podobnie z tym, że w tym wypadku mogłam na początku sobie pozwolić tylko na wydanie komendy siad, nagradzanie za spokojne zachowanie i czekanie aż drugi pies nas minie. Różnica jest też taka, że w przypadku psów mogłam i często stosowałam – jeśli psiak był znajomy, łagodny, a właściciel nie miał nic przeciwko – zwolnienie na zabawę jako nagrodę – Lajka uczyła się, że zabawa jej nie ucieknie i warto mnie słuchać, bo będzie mogła pobawić się z psem.
W całym szkoleniu bardzo ważne jest wyczucie sytuacji i umiejętność obserwowani czasem drobnych sygnałów świadczących o emocjach psa – ile jeszcze jest w stanie znieść nasz pies, a ile to będzie dla niego zbyt wiele. Musimy cały czas kontrolować natężenie bodźców. Do tego niezbędna jest nam świetna znajomość mowy ciała naszego psa.
Na początkowym etapie nauki nagrodą zawsze było żarcie oraz pochwała (w niektórych sytuacjach jw. zabawa z psem), natomiast nigdy zabawka, co było podyktowane jak najbardziej praktycznymi względami. Jeśli pies ma się nauczyć wyciszyć w obecności pobudzających go bodźców, to z pewnością nie potrzebuje dodatkowego nakręcenia zabawką, a rzucanie zabawki jest nierozsądnym pomysłem, gdyż nawet nie zauważymy kiedy pies wracając minie nas i rozweselony pobiegnie bawić się z innym psem lub gonić za kaczką. A kiedy się żre, to się nie biega (dobra, niektóre potrafią 😉 ). Jeśli mamy coś co pies musi np. wylizywać to dodatkowo odciąga uwagę od obiektu pożądania, bo pies zaczyna skupiać się na wykonywanej czynności i na dostaniu się do jedzenia.
Zupełnie inaczej działałam kiedy już biegnącą Lajkę dało się odwołać od zwierzaka/psa, ponieważ wtedy nagrodą była właśnie zabawa ze mną, tak aby bilans zabawy się zgadzał i Lajka nie była stratna. Za rezygnację z jednej dzikiej imprezy, była druga, tylko że ze mną. Niekoniecznie w tym celu trzeba mieć zawsze zabawkę (to jest łatwiejsze od nagradzania smakami) – u nas równie dobrze sprawdzało się wspólne bieganie i skakanie. Przy gabarytach i lekkim uścisku szczęk piesy bawimy się również często rękami (moimi) chociaż tego akurat zdecydowanie nie polecałabym wszystkim.

Oczywiście nie jest to metoda idealna, a na pewno nie jedyna i odpowiednia dla każdego psa. U Lajki sprawdził się opisany schemat, jednak z pewnością nie u każdego psa on zadziała. Skuteczność takich prostych i mało radykalnych kroków można wytłumaczyć karnością piesy i stosunkowo małym nasileniem problemu (co nie znaczy, że był łatwy do opanowania). Trzeba było tylko trochę się wysilić i wytłumaczyć jej co i jak ma robić. W wielu przypadkach przy tego rodzaju problemach z pewnością lepiej będzie skonsultować się z treserem/behawiorystą i ułatwić życie sobie i psu.
Ten wpis nie jest poradnikiem. To opis tego jak ćwiczyłyśmy z Lajką, chociaż uważam, że w przypadku problemowego psa realizacja punktów 1-3 jest jak najbardziej wskazana. Dodam też, że chociaż wpis wyszedł dość długi tak naprawdę jest to streszczenie kilkumiesięcznej złożonej pracy – starałam się by wszystko wynikało z siebie logiczne, ale też chciałam jak najbardziej skracać tekst, żeby Was do końca nie zanudzić.

[Uwagi dodatkowe (kilka słów wyjaśnienia), których nie trzeba czytać, ale może warto:
Łańcuch łowiecki
to pisząc najprościej szereg zachowań niejako „zakodowanych” w psie,
które odziedziczył on po swym przodku wilku. Dzięki niemu wilk nie musi
na polowaniu zastanawiać się co dalej robić, lecz działa niemalże schematycznie. Wszystkie kolejne elementy łańcucha łowieckiego to:
wyszukiwanie
ofiary, wpatrywanie się, podkradanie, pogoń, ugryzienie chwytające,
ugryzienie zabijające, rozszarpywanie i zjadanie. Wilki polują według
takiego sztywnego wzorca, natomiast w przypadku psów ludzie
podczas hodowli selekcjonowali je również ze względu na zachowanie,
dzięki czemu u niektórych ras jedne elementy łańcucha są wzmocnione, a
inne nie występują wcale.
Jeżeli chodzi o popęd socjalny, to jak wiadomo psy są zwierzętami społecznymi. To znaczy,
że podobnie jak ludzie mają potrzebę kontaktów z innymi osobnikami
swojego gatunku. Jeśli do tego weźmiemy pod uwagę, że psy są zwierzętami
charakteryzującymi się neotenią, co między innymi oznacza, że bawią się
na każdym etapie swojego życia  – również jako osobniki dorosłe, to
możemy założyć, że pobratymcy są również lubianymi towarzyszami zabaw.]

6 thoughts on “Pogoń za zwierzyną i ucieczki do psów – wskazówki do okiełznania psa na przykładzie Lajki

  • 05/09/2014 at 20:49
    Permalink

    To bardzo motywujące przeczytać waszą historię i dowiedzieć się, że startowałyście z poziomu 0 lub nawet -10 do przywołania i komunikacji, a jednak poradziłyście sobie znakomicie 🙂 pozostaje mi tylko pogratulować wytrwałości i konsekwencji 🙂

    Reply
    • 06/09/2014 at 11:14
      Permalink

      Dziękujemy 🙂
      Pisałam ostatnio, że mała czasem jeszcze łobuzuje, ale teraz mam pewność, że mogę jej przerwać niechlubną zabawę.

      Reply
  • 06/09/2014 at 13:25
    Permalink

    Bardzo spodobał mi się ten post. Chociaż czasami się zastanawiam, czy u nas to kiedyś będzie możliwe.. Tak bardzo chciałabym, żeby Emet mógł częściej pobiegać sobie luzem. Niestety męczymy się z przywołaniem od zawsze. Gdyby był wielkości Lajki może nie byłoby takiego problemu- jednak nie jestem w stanie utrzymać na lince 43kg psa, który ucieka za kotem lub chce pobawić się z psem. Na smyczy mamy to opanowane, ale na lince od razu czuje swobodę i właściwie nie ma możliwości takiej nauki. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie mógł tak cieszyć się wolnością :(. A wszystko przez tą głupią chęć zabawy z psami i nie tylko, z ludźmi też chce się witać. Czasami charakter gra dużą rolę, bo ćwiczyliśmy od pierwszych dni jak był u mnie. I pomimo tego, że na treningach ładnie pracuje i na lince odwołuje się- to na normalnych spacerach (na lince) wybiera sobie, co bardziej mu się opłaca. Dlatego ostatnio 90% czasu chodzi na smyczy..a ja nie widzę rozwiązania.

    Reply
    • 06/09/2014 at 17:16
      Permalink

      Rozpędzone na 10 metrach (gwarantowanych przez linkę) 12 kilo Lajki też nieraz dało mi popalić. Pomimo tego, że zawsze byłam w rękawiczkach to nieraz myślałam, że wyrwie mi ręce ze stawów – ale to tylko w przypadkach gdy miałam linkę w rekach. Wcześniej na końcu linki zrobiłam kilka supełków i gdy widziałam, że Lajka zrywa się do biegu i tego nie opanuję, to rzucałam linkę (o ile wcześnie nie leżała na ziemi) i przydeptywałam (konieczne solidne obuwie) – dużo mniej bolesny sposób na zatrzymanie psa. Myślę, że z Emetem też można spróbować w ten sposób. Co do sytuacji trening-spacer. My ćwiczyłyśmy wszystko na spacerach. Po prostu każdy spacer był treningiem i Lajka w zasadzie nie była postawiona przed możliwością odróżnienia tych dwóch sytuacji. Do tej pory jeśli chcę coś ćwiczyć, to po prostu przerywam spacer – na początku było trudno oderwać uwagę piesy od świata, ale teraz myślę, że nawet cieszą ją te wspólne chwile. Bardzo dużą rolę spełnia też konsekwencja i panowanie nad sytuacją – niestety jeżeli pies wie, że może/ma szansę uciec, to będzie tak robił (to jest zachowanie samonagradzające – jeśli się pojawi, to będzie się powtarzać), dlatego trening musi być bardzo przemyślany i nie można robić sobie od niego przerw czy odpoczynku.
      Wiem, że ćwiczycie razem obi – to super sposób na poprawienie współpracy, więc można mieć nadzieję, że pewnego dnia Emet będzie w stanie zrezygnować z cudzego towarzystwa na rzecz Twojego 🙂

      Reply
  • 17/09/2014 at 17:39
    Permalink

    Bardzo dziękuję za ten post. Z jednej strony podniósł mnie na duchu, że wszystko da się z psem wypracować, a z drugiej pomyślałam, że przede mną długa droga i nie wiem, czy dam radę… Mam pieska na DT i oprócz tego, że jest bardzo bojaźliwy i łatwo go czymś przestraszyć, zachowuje się agresywnie w stosunku do innych psów (suczki i pieski kastrowane wita z radością). To pomieszanie strachu i agresji (które, zdaję sobie sprawę, tak naprawdę sprowadza się do strachu) czasem zbija mnie z tropu. Na jednym spacerze potrafi uciec skowycząc, bo jakiś przechodzień rzucił torbę na ziemię, a chwilę później atakuje przechodzącego psa.
    Od czego zaczynałaś swoją pracę z Lajką? Z moim pieskiem jest jeszcze taki problem, że ciężko rozładować jego energię, bo po pierwsze wciąż musi chodzić na smyczy, a po drugie, najwidoczniej nigdy się niczym nie bawił – boi się rzucanych piłek i piszczących zabawek, nie podnosi patyków z ziemi, nie mam pomysłu, jak nauczyć go zabawy.
    Lajka wygląda na naprawdę ułożoną dziewczynę:) Gratulacje!
    Ps. Rewelacyjne zdjęcie!!
    Kasia

    Reply
    • 18/09/2014 at 16:51
      Permalink

      Dziękuję 🙂
      Nie wiem czy prowadzisz DT jako członek fundacji lub stowarzyszenia, jeżeli tak to fajnie by było gdybyście mieli wsparcie behawiorysty, zoopsychologa, czy chociażby trenera, żeby poradzić sobie z takimi sytuacjami, w których pojawia się lęk i/lub agresja.
      Pracowałaś może z klikerem? To bardzo fajny sposób by dotrzeć do psa, z którym trudno się porozumieć. Można czegoś psa nauczyć, a dodatkowo bardzo go zmęczyć. Ponadto kształtowanie pomaga wzmocnić kreatywność/pewność siebie psa i uczy współpracy.
      Jeżeli pies niczym się nie bawi, to trzeba się zastanowić do czego ta zabawa ma służyć. Jeżeli tylko do zmęczenia psa (a nie np. do nagradzania), to można spróbować z zabawkami takimi jak kong, czy kula-smakula (żarcie pomoże oswoić się psu z zabawką). Możesz też spróbować prostych zabaw związanych z węchem np. nauczenie psa szukania na komendę szukania smaczków pochowanych w różnych zakamarkach mieszkania lub zawijanie smaczków w różne, z czasem wielowarstwowe opakowania (choćby w rolkę po papierze toaletowym) i pozwolenie psu na rozpracowanie tego.
      Na zewnątrz (jeżeli pies musi pozostawać na smyczy) rozważałabym bieganie z psem (o ile masz taką możliwość), to dobry, tani (na początek nie trzeba specjalnego sprzętu) i męczący sport. Oraz różne rodzaje tropienia np. tzw. "zguba", czyli szukanie własnego przedmiotu nie wymaga pomocy i spuszczania psa ze smyczy.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *