Opinie

Pies zamiast terapeuty, trenera, coacha, organizera…

W kilku ostatnich tekstach narzekałam na Lajkę, że piesa bywa niegrzeczna, czasem się nie słucha, bywa nierobotna i nie chce współpracować. W dodatku przy okazji akcji Psijacielu drogi pojawił się temat utrzymania zwierza i podsumowanie, że pies to w naszym przypadku dość droga przyjemność. Dziś chciałabym skoncentrować się na tym, co dobrego zyskuję dzięki obecności Lajki w moim życiu. Ponieważ moim zdaniem zyski płynące z posiadania psa przewyższają wszelkie straty moralne i materialne. Wydaje mi się, że im bardziej tracę równowagę, im więcej mam zajęć, im więcej obowiązków biorę na siebie, tym bardziej pies pozwala mi trzymać balans, siebie w ryzach i nie odpuszczać.

Po pierwsze: organizacja.
Nowy pies to nowe obowiązki. Trzeba wygospodarować dla niego wcale nie mało czasu z naszej doby. W dodatku pies lubi przewidywalność, powtarzalność, więc przynajmniej częściowo nasze dni powinny być podobne do siebie. Ustalamy więc mniej więcej stały plan dnia – przynajmniej w tych punktach, które dotyczą psa. Każdy dzień planujemy z wyprzedzeniem (choćby to było wieczorem dnia poprzedniego, kiedy już przykładamy głowę do poduszki), bo trzeba znaleźć czas dla psa (na spacer, trening, czy choćby na zwykle karmienie). Mam wrażenie, że z opiekunami psów jest trochę tak jak z matkami. Podobno to one są mistrzyniami organizacji. Zaczynamy też wcześniej wstawać, by zadowolić bestię i dzięki temu zyskujemy więcej czasu. Pomimo tego, że z wejściem Lajki pod nasz dach zwiększyła się liczba moich obowiązków, to moja doba zdecydowanie się wydłużyła. Prawdziwy cud, albo może paradoks psa 😉

Po drugie: kondycja.
Pies wymaga spacerów. W większości przypadków nie tylko regularnych, ale też długich. Więc chodzimy nie zawsze zdając sobie sprawę z tego ile kilometrów dziennie pokonujemy. I tak nie przywiązując do tego uwagi niepostrzeżenie trenujemy. Jeśli do tego trenujemy coś z psem (choćbyśmy tylko hobbystycznie ćwiczyli sztuczki w domowym zaciszu), to dodatkowo wyrabiamy serię skłonów, skoków, przysiadów i innych ćwiczeń nawet tego nie zauważając. Przed adopcją Lajki nie byłam pewna czy zdołam przejść 20 km. Później pojechaliśmy na zawody dogtrekkingowe i „tak jakoś mi się przeszło… niechcący” dwadzieścia kilka. Nie znoszę ćwiczyć, więc taka sytuacja bardzo mi odpowiada.

Po trzecie: relaks i spokój.
Jedną z bardziej rozczulających rzeczy na świecie jest widok naszego własnego głęboko śpiącego psa. Nie mogę się oprzeć wrażeniu niesamowitego spokoju, kiedy mały awanturnik, który normalnie twierdzi, że odgryzie każdą nogę, która postanie w naszym mieszkaniu, leży kołami do góry, posapuje i ani myśli stresować się czymkolwiek. Można przy nim posiedzieć, popatrzeć, poczuć błogość i miłość. I oczywiście odpoczynek to jest rzecz, której można uczyć się od psa. I jeszcze zabawa. Uwielbiam przyglądać się bawiącym psom. Kto by przypuszczał, że bieganie może sprawić tyle radości (ja raczej nie). Na pewno można się od psa uczyć doceniania drobnych przyjemności, chociaż pewnie nie celebrowania chwili.
Kiedy mam gorszy dzień lubię zwyczajnie pogapić się na Lajkę. Moim zdaniem na ludzkie i psie smuteczki najlepszy jest reset na spacerze. Pieseł hasając przegania je wszystkie.

Po czwarte: cierpliwość i opanowanie.
Każdy kto chce nauczyć czegoś swojego psa, powinien wiedzieć jak ważna jest cierpliwość. A jeśli pies nie jest zbyt bystry lub wręcz przeciwnie albo może nie jest skory do współpracy, to z odsieczą przychodzi nam opanowanie (np. chęci mordu na tymże psie). Do tego dochodzi psia kreatywność oraz związane z nią różne mniejsze i większe psikusy, które pies sprawia nam raz na jakiś czas.
W tym punkcie jest nieco trudniej, bo chociaż obie cnoty zdobywamy dzięki własnemu psu, to rzadko kiedy odbywa się to niepostrzeżenie i bezboleśnie dla nas. Na ogół gryziemy się w język,  nerwowo wykonujemy (podobno) uspokajające wdechy licząc do dziesięciu, próbujemy różnych relaksacyjnych sztuczek przedstawianych w kolorowych czasopismach i internetach. Robimy tak miesiące a czasem lata do momentu zyskania spokoju ducha godnego dalajlamy. Stan taki opisać możemy na przykładach: Jesteśmy w stanie bardzo spokojnie i systematycznie uczyć psa wykonywania najprostszej komendy przez pół roku, wobec oporu czworonoga korzystając kolejno ze wszystkich możliwych metod, do momentu kiedy będzie wykonywał ją bezbłędnie nawet wyrwany ze snu. Zjedzenie przez psa naszego urodzinowego tortu w całości wykonanego z czekolady, który zamknięty był w lodówce, w najgorszym wypadku wywołuje u nas lekkie drgnięcie powieki i natychmiastowe przewiezienie łakomczucha do kliniki. Tak, to jest jak pińćdzisionty (!) stopień wtajemniczenia. Nic, absolutnie nic nie wyprowadzi z równowagi zaprawionego w bojach opiekuna psa 😉

Po piąte: kontakty międzyludzkie.
Zanim przygarnąłeś psa miałeś się za jednostkę aspołeczną? Błąd. O ile nie posiadasz bestii, która chce pożreć wszystkich dookoła lub chociaż tak wygląda, to masz bardzo duże szanse na poznanie wielu nowych ludzi oraz spontaniczne jednorazowe pogawędki. Wiele osób spotkasz na spacerach, inne na psich imprezach. Nierzadko ktoś będzie chciał pogłaskać tego „ślicznego, smutnego, wesołego, zabawnego” (niepotrzebne skreślić) pieska – twojego pieska. Tacy ludzie często chcą nie tylko zanurzyć paluch w miękkim futrze pieseła, lecz brakuje im również rozmowy. Właściciel psa przestaje zauważać jak bardzo wzrasta jego erudycja, a nawijanie o pogodzie przez trzydzieści minut przestaje nastręczać mu jakichkolwiek trudności. Hamulce społeczne przestają działać i po pewnym czasie sam śmiało zgaduje do spotkanych w parku ludzi „czy nasze psy mogą się przywitać?”, chociaż pół roku wcześniej zdecydowanie wolałby pracować w kamieniołomach, niż narażać się na przypadkowe kontakty towarzyskie.

Tyle jeśli chodzi o moje pozytywne doświadczenia z okresu wspólnego życia z Lajką . A jak Wam pomaga pies? Dodalibyście coś do listy?

Może Ci się spodobać

6 komentarzy

  • Odpowiedz
    bohunpies
    02/12/2014 o 11:22

    Podpisuję się obiema rękami i łapami:) dodałabym jeszcze poczucie bezpieczeństwa, kiedy Mój wyjeżdża w delegację, a w domu i na dworze tak ciemno 😉 I może ciężko w to uwierzyć, ale dzięki Bohunowi jestem zdrowsza. Zawsze byłam chorowita, ale ciągła styczność z brudem, sierścią, psim ryjem plus spacery w każdą pogodę mnie uodporniły.

    • Odpowiedz
      filozof
      04/12/2014 o 08:24

      Przy rozmiarach Lajki trochę trudno zdobyć poczucie bezpieczeństwa, ale przyznaję, że z takich powodów nie oduczałam Lajki powarkiwania i szczekania na niespodziewanych gości oraz przy niespodziewanych spotkaniach – przynajmniej mam pewność, że nikt mi nie spadnie na łeb z zaskoczenia, ani nie wejdzie niepostrzeżenie do domu jeśli zapomnę zamknąć drzwi na klucz.

  • Odpowiedz
    Ola Mikler
    05/12/2014 o 19:31

    Świetnie ujęte. U nas jest właściwie tak samo. Pies zmienia całe życie,na lepsze :).

  • Odpowiedz
    Stefan the boxer
    22/01/2015 o 15:32

    Pies wzmaga tez ludzką kreatywność – np. w kwestii wynajdywania nowych miejsc na podgryzki, których pies jeszcze nie rozpracował pazurami i kłami, w sprawie wymyslania sposobób na zabezpieczenie kanapy przez łapami pchajacymi się gdy państwo przekrocza próg mieszkania albo zniechecania psa do wyjść na dwór przy -10 st.C o 4 rano.

  • Odpowiedz
    sprytnykonsument
    09/05/2015 o 08:00

    Jaki cudownie pozytywny wpis, bardzo mnie rozbawił 😉 Ja pieska odbieram za trzy miesiące i z perspektywy tych wszystkich wspaniałych przygód, które mnie z nim czekają, nie mogę już teraz spać po nocach 😛

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *