Podróże

Chorwackie wybrzeże zimą

Zwiedzając wybrzeże Chorwacji odwiedziliśmy cztery turystyczne miejscowości (w kolejności chronologicznej): Rijekę, Poreč, Rovinj i Pulę. I niestety mi (jak to bywa kiedy „robi się” pięć miast w dwa dni – w tych dniach byliśmy też Trieście) jeszcze zanim wróciliśmy do Zagrzebia wszystko zaczęło się mieszać: Gdzie był amfiteatr? Gdzie jedliśmy cevapy? Gdzie katedra była zamknięta? – na te oraz wiele innych pytań nie byłam w stanie sama sobie udzielić odpowiedzi. Za to były to bardzo przyjemne dwa dni. W środku zimy wreszcie mogliśmy rozkoszować się słonkiem i dość bujną zielenią skwerów i ogródków oraz oglądać morskie stworki, których nadaremno szukalibyśmy w Bałtyku. Najlepsza Siostra wpadła w szał zbierania muszelek, Najlepszy Mąż nareszcie miał ładne światło do uwieczniania na fotografiach piesy, zabytków i romantycznych widoków, za to ja miałam przywilej pilnowania Lajsona.

Wiem, że niektórzy rodacy są przekonani, że w Chorwacji jest gorąco cały rok. I na wybrzeżu owszem – jest cieplej niż u nas. Można nawet poleżeć na leżaku na plaży, ale raczej nie w kostiumie kąpielowym. Można powiedzieć, że sezon w tej części kraju „trwa cały rok” (bo wizyta w niej zimą jest o niebo przyjemniejsza niż np. w Helsinkach – wiem, bo sprawdzałam), ale nie jest to sezon na opalanie toples, ekstremalne plażowanie, morskie kąpiele czy inne tego typu przyjemności. Z drugiej strony klub morsa by się tu raczej wynudził. Z Lajsonem polecamy zwiedzanie i cieszenie się klimatem nadmorskich miejscowości z rodzaju „Ciechocinek po sezonie”.

Odwiedzone przez nas miejscowości różniły się nieco charakterem. Rijeka i Pula zrobiły na mnie wrażenie całkiem sporych miast portowych (Rijeka to faktycznie największy port regionu), za to Poreč i Rovinj, to słodkie miasteczka turystyczne, w których absolutnie nie chciałabym się znaleźć w środku lata. Zimą wyglądały na raczej opuszczone, za to wszystkie atrakcje i sklepy były otwarte, więc nic nie tracąc zyskaliśmy ciszę, spokój i wolność od spoconych chmar turystów.
Całą podróż nasza wycieczka ekscytowała się morzem i górami (morzem rzadziej, bo mniej go oglądaliśmy po drodze). Ja zaś zwiedzanie (zanim jeszcze wysiedliśmy z auta) zaczęłam od napawania się zielenią (nareszcie!). Wizyta nad morzem sprawiła, że można
się było poczuć trochę jakby były wakacje – może nawet prawie egzotyczne: słońce, morze,
palmy. Nic to, że bez kurtek byłoby nam zbyt zimno. Dodatkowo przyglądając się wodzie można było w niej dojrzeć różne stworzenia, których próżno byłoby szukać u nas w Bałtyku. Szczególnie podobały nam się
rozgwiazdy (a strzykwy są fuj).

W każdym nadmorskim miasteczku, mieliśmy czas na
spacer po deptaku i porcie z żaglówkami (punkty obowiązkowe), spacer w głąb lądu oraz odpoczynek w kawiarni lub restauracji. Weszliśmy w leniwy tryb „południowy”. Myśmy odpoczywali, a Lajson jak zwykle smutkała, że za mało trawki i piesków, a za dużo ludzi.

Drugiego dnia po drodze z naszego miejsca noclegowego do miasteczka kiedy Najlepszy Mąż zatrzymał auto by
podziwiać i fotografować widoki rozpoczęło się szaleństwo muszelkowe
Najlepszej Siostry, ale ja też dałam się porwać. Piesa wcale nie
rozumiała tego fenomenu i tylko od czasu do czasu sprawdzała czy
przypadkiem nie znajdujemy nic fajnego, albo do jedzenia… Albo fajnego
i do jedzenia 🙂

Muszę dodać, że w Puli mieliśmy sporo pecha i nasze zwiedzanie wyglądało nieco inaczej. Dojechaliśmy do niej bardzo
głodni. Udało nam się znaleźć tylko płatny z góry parking, co bardzo nas
ograniczało w kwestii czasu (nie byliśmy w stanie przewidzieć ile
dokładnie czasu potrzebujemy).
W restauracji (wyszukanej w necie
zawczasu), do której wpadliśmy, panował bardzo dziwny zwyczaj – we
wnętrzu był jeden stolik dla osób z psami. Szczerze pisząc, o takim
pomyśle wcześniej nie słyszałam. Stolik ten zajęty był już przez jakąś
parę z psem (ewidentnie turystów), więc obsłużono nas w ogródku, a ze
względu na zachodzące słońce robiło się już chłodno. Idąc po wodę dla
psa do toalety znajdującej się na piętrze widziałam, że goście z psem
taką wodę otrzymali od obsługi – pozostaje się pocieszyć, że może o nią
poprosili, bo nam nikt wody dla psa nie proponował.
Jedzenie było
dobre, ale cóż z tego, gdy stygło bardzo szybko, a my siedzieliśmy w
kurtkach. Tak więc jeśli zawitacie z psem do Puli, to restaurację Pompei
polecam średnio.
W dodatku naprawdę długo czekaliśmy na posiłek,
więc na zwiedzanie zostało nam bardzo mało czasu – akurat tyle, żeby w
pośpiechu udać się do ruin amfiteatru (po raz kolejny westchnę „ach ten
Roman!”), które rzecz jasna były już zamknięte.

Poniżej najlepszomężowa fotorelacja 🙂

Rijeka:

Poreč:



Rovinj:

Pula:

Może Ci się spodobać

7 komentarzy

  • Odpowiedz
    Trend z seterem
    28/03/2015 o 16:12

    Lajson, widzę, jest psem w tym samym stopniu światowym, co smutkającym. 😉 Piękna wyprawa – nie ma to jednak, jak własne 4 kółka.
    Swoją drogą, bardzo dziwna polityka restauracji; również nigdy nie spotkałam się z takim wybiorczym i jednostkowym wpuszczaniem psów do lokali gastronomicznych. Zastanawiam się, co kierowało osobą, która wpadła na taki pomysł.

    • Odpowiedz
      filozof
      30/03/2015 o 11:51

      My podejrzewaliśmy, że zostaliśmy w ten sposób obsłużeni ponieważ w sprawie pytań o możliwość wejścia z psem wysłaliśmy towarzyszącą nam znajomą Chorwatkę i chyba nie doceniono naszego potencjału rozrzutnych turystów tylko wzięto w pierwszej chwili za rodaków. Pewni jednak nie jesteśmy.

  • Odpowiedz
    Oto Janka
    28/03/2015 o 23:07

    Cudowne zdjęcia!
    A Lajeczka też lubi zgrywać foczkę, zupełnie jak Janka! :*

  • Odpowiedz
    tadambox.pl
    14/04/2015 o 13:41

    Fajne zdjęcia robi Twój mąż 🙂

    My byliśmy w listopadzie na Bałkanach i w Chorwacji to jeszcze udało się chłopakom wykąpać 🙂 Morze jeszcze trzymało ciepło.

    My też ze względu na brak czasu zazwyczaj borykamy się z problemem zbyt szybkiego zwiedzania i zmiany miejsc.
    Zapraszam do mnie na bloga.

    pozdrawiam serdecznie
    Justyna

    • Odpowiedz
      filozof
      14/04/2015 o 15:39

      Dziękuję w imieniu męża.

      Na bloga już rzuciłam jednym okiem – zapowiada się ciekawie – jak będę miała chwilkę to chętnie siądę i poczytam 🙂

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *