Bez psa Inne wydarzenia

O demonie i innych kurczakach

Wśród psiarzy od dawna niesie się wieść, że „Kurczaki”, czyli warsztaty „Najpierw wytresuj kurczaka” na Rancho Stokrotka są ekstra. Nie przypominam sobie ani jednej negatywnej opinie, choć dokładnie nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy o nich usłyszałam – prawdopodobnie było to podczas kursu trenerskiego.

Dlaczego nie?

Przez długi czas nie bardzo miałam ochotę jechać na drugi koniec kraju, żeby cudaczyć z kurami. O przepraszam, popracować z kurami. Słyszałam, że założenia tego szkolenia są bardziej ogólne, jest ono uniwersalne i ma za zadanie uczyć jak uczyć – nie tylko jeden gatunek. Wciąż jednak wizja pracy z drobiem nie do końca mnie przekonywała, a za każdym razem kiedy przychodziło mi do głowy, aby jednak spróbować, okazywało się, że nie ma wolnych miejsc.
Nadmienię też, że od czasu kiedy niechcący wsadziłam palec w kliker, niemalże wyrywając połowę paznokcia, nie jestem fanką tego urządzenia, a właśnie ono jest wykorzystywane do kształtowania zachowań kur.

Co i jak

Nie mam zamiaru opisywać co dokładnie dzieje się podczas „Kurczaków”. W internecie jest o nich kilka ciekawych artykułów (w tym również na blogach), gdzie dowiecie się więcej na temat tego co się tam robi, jak się to robi i czego się można nauczyć. Minimum potrzebne do zrozumienia o czym piszę poniżej to, żeby wiedzieć: każdej osobie zostaje przypisana jedna kura, którą ta osoba szkoli na stole, wykorzystując chochelkę z ziarnami jako nagrodę i kliker jako znacznik zachowania. Kurę szkoli się przez kilka dni, kilka razy dziennie w krótkich sesjach.

 

Stara miłość nie rdzewieje 😉

Zabawa

Moim zdaniem, o samym przebiegu warsztatów nie trzeba więcej wiedzieć, ponieważ naprawdę szkoda sobie spoilerować. Sama przed wyjazdem starałam się za wiele o nich nie czytać, żeby nie psuć sobie zabawy i niespodzianki. Trochę się przez to bałam, że czegoś nie zrozumiem, albo sobie nie poradzę, ale było to zupełnie bezpodstawne. Prowadzący wszystko dokładnie tłumaczą – nie ma obaw, że się coś przeoczy.
Przyznaję, że oprócz pędu do wiedzy miałam też dosyć niskie pobudki i pojechałam tam również dla zabawy. Poza tym – szczególnie dla „niewtajemniczonych” – to brzmi jak totalny odjazd: TRESOWANIE KURCZAKÓW. Liczyłam, że takie właśnie jest i w sumie się nie zawiodłam.

Czego można się nauczyć

Chociaż świetnie się, bawiłam to muszę podkreślić walor edukacyjny i dodać, że warsztaty to także:
– zdobywanie nowej wiedzy lub powtórka jeśli sporo się wie o uczeniu
– praktyczne ćwiczenia warsztatu trenerskiego
– wysiłek. Przede wszystkim intelektualny, bo stanie przy stole i machanie chochlą na szczęście do ciężkich prac fizycznych nie należy.
– praca. Głównie nad sobą, bo kurczaki to szczwane bestie i radzą sobie świetnie, niekoniecznie robiąc to co człowiek chce żeby robiły.
– poznanie swoich możliwości trenerskich, zrozumienie słabych i mocnych stron oraz najczęściej popełnianych błędów.

Emocje

To, na co nie byłam gotowa, to emocje, bo szkolenie kury może wyzwolić cały ich wachlarz. Co prawda prowadzący przestrzega przed tym, ale czasami trudno w pełni panować nad sobą. Dla mnie był to najtrudniejszy element.
Po jednej z kolejnych sesji rozmawiałam z innymi uczestniczkami o tym, jak kto nazywa swoją kurę. Prawdopodobnie każdy trochę przywiązuje się do „swojej” kury, czyli tej, którą dostaje do ćwiczeń, dlatego większość otrzymuje w trakcie warsztatów jakieś imię.
Zapytano mnie: A ty jak swoją nazywasz?
Odrzekłam: Ja do mojej mówię „ty *****!”.
Nie, oczywiście nie mówiłam brzydko do mojej kury, ale akurat w tamtym momencie byłam sfrustrowana moimi wyczynami nad stołem i faktycznie niezbyt czule myślałam o perfidnym kurczaku, który interesuje się tylko pełną chochlą i wcale nie pomaga. Chociaż widziałam, że to ja robię coś źle. Dużo częściej zalewał mnie przypływ czułych uczuć do kury. Raz nawet zdarzyło mi się zupełnie niekontrolowanie krzyknąć na całą salę „Kocham ciebie kuro!”. Kura to nie pies i z moich romantycznych gestów i wyznań nic sobie nie robiła.


Demon

Najbardziej zadziwiła mnie moja kura. Wiedziałam, że drób będzie szybki, zainteresowany żarciem i będzie miał w głębokim poważaniu nasze gesty, emocje i wszystko to, co interesuje nasze pieski (a przecież wiemy, że interesuje je wszystko, co nas dotyczy). Dowiedziałam się też, że przymusem kury nie nauczymy. Najciekawsze były jednak różnice indywidualne. Jeśli miałabym porównywać moją kurę to psów, to byłoby to skrzyżowanie labradora – była niewiarygodnie wręcz łakoma – i border collie – rwała się do roboty jak żadna. Kiedy niektóre inne kury były już zmęczone i nie bardzo chciały pracować Demon (bo tak nazywałam mojego demona pracy), była jeszcze wciąż zaskakująco energiczna. Raz zdarzyło mi się otworzyć drzwiczki klatki i odejść na chwilę do stołu, bo zapomniałam czegoś na nim przygotować. Demon sama wyleciała na stół, ale niestety zrobiła to z takim impetem, że nie zdążyła wyhamować, ześlizgnęła się i spadła po drugiej stronie.
[Tak, na wszelkich szkoleniach mam takie zabawne przygody, że coś zepsuję albo zapomnę itp. itd.]

Trudne sprawy

Na koniec odpowiedź na dwa pytania, które ja sama zadałam przed rozpoczęciem szkolenia:

Czy kurczaki robią kupę na stole podczas szkolenia?
To był duży błąd, że o to zapytałam.
Pracuje się w parach – dwie osoby przy jednym stole pracują na zmianę, każda z własną kurą. Nasze kury wydalały chyba najwięcej ze wszystkich. Zaczęły pierwsze, a potem też sobie nie żałowały. Na szczęście wszystko, co jest potrzebne do sprzątnięcia stołu znajduje się w zasięgu ręki.

Czy kurczaki dziobią ludzi i czy to boli?
To kurczaki – dziobanie to ich pasja. To trochę tak jakby zapytać, czy pies gryzie. Moja kura dość szybko zorientowała się, że żarcie jest w chochelce. Wcale jej nie przeszkadzało, że chochelkę trzymam wysoko (na tyle, na ile dałam radę przy moim nikczemnym wzroście) i zasłaniam ją dłonią. Podeszła, wyciągnęła szyję, popatrzyła jednym i drugim okiem, a na koniec na próbę dziobnęła mnie w rękę. Wtedy dowiedziałam się, że to nie boli. Potem byłam dziobana jeszcze kilka razy. Również nie bolało. Pewnie nie każdy trafia na takiego godnego potomka dinozaurów, ale jakby co, to pamiętajcie, że nie ma się czego bać.

Na początku czujesz się prawie… (Kadr z filmu „Jurassic world”, reż. Colin Trevorrow)

Wydaje mi się, że najlepiej o tym jak mi się spodobały „Kurczaki” świadczy fakt, że gdy otworzono rejestrację na drugą część warsztatów na jesień, od razu się zapisałam.

 

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *