Najlepszy prezent imieninowy, czyli Dog Orient w Budach Grabskich (06.VI.2015)

W ubiegłym roku nie bardzo mieliśmy okazję poszaleć w dogtrekkingu ze względu na pańciową pracę… i studia… i jeszcze trochę pracę (takie życie). W tym roku na przeszkodzie stanęła nam kariera Najlepszego Męża. Jedak kiedy ogłoszono tegoroczne zawody Dog Orient stwierdziłam, że najwyższa pora nadrobić zeszłoroczne zaległości tym bardziej, że w tym roku impreza ta organizowana miała być tylko dwa razy.

Pierwszy tegoroczny Dog Orient miał odbyć się w Puszczy Bolimowskiej, start i meta znajdowały się w ośrodku „Sosenka” w Budach Grabskich. Organizacja i tym razem przekroczyła najśmielsze oczekiwania uczestników – w ośrodku za darmo udostępniono startującym miejsca noclegowe, a ci dla których łóżek zabrakło mogli również bezpłatnie rozbić się na polu namiotowym. Dodatkowo dla chętnych zorganizowano nieodpłatnie spływ kajakowy, na który można nawet było zabrać psy. Czy tego normalny człowiek spodziewa się po zawodach dogtrekkingowych? Chyba nikt nie czuje się tak dopieszczony przez organizatora jak uczestnicy Dog Orientu.

Dogtrekking to jedna z niewielu aktywności związanych z psem, które
możemy uprawiać całą rodziną. Na co dzień to ja zajmuję się Lajką, a
wszelkie sporty kynologiczne leżą całkowicie poza zainteresowaniami
Najlepszego Męża. I chociaż spacery (a bieganie to już „wogle”) z psem
nie kręcą wspomnianego małżonka, to już zawodami na orientację nie
gardzi on tak ostentacyjnie. Ba! Nawet je chyba lubi.
Tym razem odniosłam spory sukces: udało mi się namówić Najlepszego Męża nie tylko na start, ale również na nocleg – co prawda tylko w nocy z soboty na niedzielę, ale zawsze to coś. Siebie wpisałam również na niedzielny spływ. Zapisałam nas odpowiednio wcześnie, więc nie było problemu z dostępnością miejsc. Oczywiście jak prawdziwa humanistka pomyliłam się obliczając opłatę startową – rzecz jasna na własną korzyść. Udało mi się jednak skorygować wpłatę po informacji od organizatora. Po dokonaniu tych czynności pozostało spokojnie czekać na ten cudowny dzień kiedy staniemy na starcie i trzymać kciuki za ładną pogodę.

Tydzień przed zawodami nasz udział w zawodach stanął pod znakiem zapytania. Okazało się, że Najlepszy Mąż znów musi pracować w weekend. Uciekłam się do próśb, gróźb i szantażu, a następnie wytoczyłam broń ostateczną… Nad mężikiem „wisiał” od pewnego czasu zaległy prezent imieninowy dla żonki, więc najwredniejsza z żon orzekła, że niczego nie pragnie, nic nie potrzebuje, a jedynie wspólny start w Dog Oriencie ją uszczęśliwi. Przyznajcie, że sprytne to było posunięcie. Teraz już nie można mi było odmówić. 

W sobotę wstaliśmy rano, zapakowaliśmy się do autka, zgarnęliśmy po drodze naszego kolegę z Lilu (koleżanką Lajki) i wyruszyliśmy w stronę Puszczy Bolimowskiej. Będąc już blisko celu trochę pobłądziliśmy, a choroba lokomocyjna Lilu dała o sobie znać wymuszając na nas postój i małe sprzątanko. Mimo tego w „Sosence” stawiliśmy się mając odpowiedni zapas czasu. Spokojnie załatwiliśmy wszystkie ważne sprawy: rejestrację (i odbiór pakietów startowych – dzięki sponsorom :*), odprawę weterynaryjną i wizytę w toalecie (nikt mi nie wmówi, że to nieistotne przed startem).
Przemieszczając się w poszukiwaniu toalety mieliśmy okazję wreszcie poznać osobiście blogerów Bohunów (nie będę Wam tłumaczyć kto to, bo albo znacie, albo kliknijcie ładnie proszę w link i się zapoznajcie – warto) przed (chyba mogę tak napisać) blogerskim domkiem (największe zagęszczenie blogera na metr kwadratowy w okolicznych lasach).

Zdążyliśmy jeszcze wykąpać psy w rzeczce i chwilę posiedzieć na ławeczce w oczekiwaniu na start. Robiliśmy to wszystko w troje ludzi i dwa psy, ponieważ nasz kolega pomimo tego, że mógłby biec (trenuje z psem) postanowił maszerować razem z nami. Bo my tuptamy – może nie super szybko (ale wolno też nie) i w dodatku bardzo wytrwale. Pańcia to jest takie trochę tuptusiowe perpetuum mobile – raz wprawiona w ruch może dreptać bez końca, co niektórych nieco irytuje, a innych doprowadza do szału. Na przykład Najlepszy Mąż, który jak wspomniałam nie przepada za długimi spacerami nie wyraża chęci zrozumienia żoninego dreptactwa. O dziwo idąc czasami wygrywamy, bo taka nasza natura, że raczej się nie gubimy (co mnie cały czas niemiernie zadziwia).

Na odprawie otrzymaliśmy mapy z oznaczonymi punktami kontrolnymi oraz karty startowe z polami do odznaczania tych punktów, które udało nam się odnaleźć. Na części z nich miały się znajdować perforatory (robiące w kartce odpowiedni wzór z dziurek), w innych trzeba było coś wpisać np. numery działek z przydrożnego słupka lub informacje z leśnej tablicy. Nie trzeba było dotrzeć do wszystkich punktów – tylko cztery z nich były obowiązkowe – dzięki temu nawet rodziny z małymi dziećmi i debiutanci mogą wziąć udział  w imprezie i dobrze się bawić. Limit czasu wyznaczono na 6 godzin. Czyli należało zmierzyć siły na zamiary i stwierdzić ile kilometrów da się radę przejść lub przebiec w 6 godzin. Przy liczeniu wyników najważniejsza była ilość odnalezionych punktów, czas liczył się w drugiej kolejności.

Skan mapy z naniesioną naszą trasą:

Oprócz obowiązkowych punktów 1,2,3,4 wstępnie postanowiliśmy poszukać jeszcze 12, 5 i 6, a następnie udać się do mety.
Jeszcze przed startem Lajson odprawiła małą histerię. Co prawda obyło się bez „pipipi”, ale za to musiałam uporać się z trzęsąca się nogą. Nie jestem pewna o co jej chodziło – wszak do tłumu ludzi i psów powinna być przyzwyczajona, a zresztą do tej pory nie reagowała w ten sposób. Być może dał znać o sobie pewien charakterystyczny rys jej osobowości – bycie klasyczną „attention ****”. 
Ja również przeżyłam chwilę grozy, kiedy coś mi się nagle przypomniało i prawie krzyknęłam do Najlepszego Męża „Czy my mamy kompas!?”. Na szczęście okazało się, że „zawsze mamy”. Dog Orient da się pyknąć bez kompasu (a nawet się nie zgubić), ale zdecydowanie trudniej wtedy hasać po krzakach na przełaj i wrócić samemu o czasie.

Na starcie stanęliśmy z tyłu za biegaczami i chwilę później ruszyliśmy w stronę punktu 4. Kawałeczek dalej zatrzymaliśmy się by wydobyć z plecaka i wręczyć woreczek na psie odchody osobie, która pytała o takowy wszystkich ją mijających. Oj, nieładnie drodzy uczestnicy. Chociaż tym z przodu, co się tak spieszyli można chyba wybaczyć.  
Chwilę później po prawej stronie zobaczyliśmy ścieżkę, a nad nią przypiętą do drzewa karteczkę z napisem w stylu „Może tędy?. Któż inny by się skusił jak nie my. Byliśmy chyba pierwszymi, którzy wleźli na tę ścieżkę, a przynajmniej nie widzieliśmy na niej nikogo przed nami, ale zaraz za nami ruszyli inni – jakże nieroztropnie. Przeszliśmy kawałek i na którymś z drzew zobaczyliśmy kartkę, na której napisane było mniej więcej „A może jednak nie…”, czyli dokładnie to czego się spodziewaliśmy znając spaczone poczucie humoru organizatora 🙂 Mimo wszystko szliśmy dalej i po krótkim przedzieraniu się przez krzaki i lekkim grzęźnięciu w błocie odnaleźliśmy punkt czwarty ukryty w wąwozie. 

Przyszła pora na punkt 3, do którego znów Najlepszy Mąż wymyślił drogę przez las, co było całkiem przyjemne ponieważ przez większą część trasy szliśmy sami, bez towarzystwa innych uczestników (nie żebym była aż tak bardzo aspołeczna, ale na początku po starcie często idzie się w sporej grupie). Mieliśmy trochę wątpliwości czy na pewno dobrą drogą idziemy, ale okazało się, że wybraliśmy prawidłowo. Ten punkt odnaleźliśmy bez problemu. Gorzej było z rozwiązaniem zagadki, która się na nim znajdowała. Na ogrodzonym taśmą fragmencie ziemi trzeba było znaleźć coś co do niego nie pasuje. Później okazało się, że były tam rozsypane szyszki modrzewia, który w tym miejscu nie rośnie. Niewielu zawodników ją odgadło.
(Na Dog Orient na niektórych punktach kontrolnych umieszczone są zagadki. Wśród osób, które udzieliły prawidłowych odpowiedzi losowane są nagrody. Daje to szansę na wygranie nagród również tym, którzy nie zwyciężą w zawodach. To bardzo miłe, że organizatorzy naprawdę myślą o wszystkich.) 

Punkty 12 i 2 również nie nastręczyły nam problemu. Przy punkcie 2 pojawiły się wątpliwości. Najlepszy Mąż chciał iść początkowo obrana trasą, a ja pomyślałam, że damy radę jeszcze wpaść na 10 i 7 (widząc minę Najlepszego postanowiłam nie wspominać już nic na temat 11). Udało mi się przeforsować moją opcję. 
Do kolejnych punktów (10, 7, 6) szliśmy głównie przyjemnymi ubitymi drogami, tylko raz skracając sobie przejście przez las. Mijani zawodnicy idący w drugą stronę ostrzegali nas, że wybrana przez nas droga na punkt 5 to „góry i doły”, ale postanowiliśmy zaryzykować. Nie było tak źle, chociaż nie wiem czy reszta naszej wycieczki była tak zadowolona. Psy raczej tak, bo od punktu 6 szliśmy wzdłuż rzeki, co dało im możliwość krótkiej kąpieli i ochłodzenia się. 
Na punkcie 5 znaleźliśmy kolejną zagadkę, ale biorąc pod uwagę zmęczenie i ilość komarów otaczających punkt zrezygnowaliśmy z jej rozwiązania i uciekliśmy.

Wydawało się, że jeszcze tylko punkt 1 i będziemy u celu, ale kończąca się w naszych zapasach woda i upał sprawiły, że zdecydowaliśmy się na odpoczynek. Lajson nawet wykopała sobie dołek w mchu żeby w nim odpocząć, a gdy tylko wstała jej miejsce zajęła Lilu. My z kolei obsępiliśmy kolegę z wody (wziął zdecydowanie większy zapas, niż my). Na ogół bierzemy dwie butelki 1,5 l wody, jedną gazowaną, a drugą niegazowaną, dzielimy się (oczywiście niegazowaną) z psem i bez problemu nam taka ilość wystarcza. Niestety tym razem było to za mało. 
W końcu dotarliśmy do punktu 1 i ruszyliśmy do „Sosenki”. Do ośrodka doszliśmy od strony, gdzie natknęliśmy się na zamkniętą furtkę i musieliśmy go okrążyć. Ostatecznie przeszliśmy 20,41-21,98 km (pierwsza wartość jest z zapisu trasy od Najlepszego Męża, natomiast druga z mojego), a zajęło nam to około 5 godzin i 15 minut.

Na miejscu przed metą czekała na nas rodzina kolegi – dziewczyny postanowiły mu zrobić pół-niespodziankę (trochę się zapowiedziały). Co pokazuje, że do Bud Grabskich można z Warszawy wyskoczyć całkiem spontanicznie.
Po przekroczeniu mety oddaliśmy nasze karty startowe, odsapnęliśmy spożywając dużą ilość płynów zakupionych w lokalnym sklepiku i kiedy nasz kolega wybrał się pod prysznic, my udaliśmy się na posiłek regeneracyjny przysługujący startującym. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że był to mój pierwszy posiłek tego dnia – jakoś tak wcześniej nie było czasu, żeby pomyśleć o prowiancie.

Następnie grzecznie poczekaliśmy na ogłoszenie wyników i dekorację zwycięzców. Z blogerskiej braci na podium stanęły Bohuny zajmując 3 miejsce w kategorii par – serdecznie gratulujemy 🙂

Niestety, kiedy mieliśmy rozlokować się w domku, Najlepszego Męża wezwała siła wyższa w postaci pracy, w której jak się okazało miał stawić się jeszcze tego samego dnia. Postanowiłam być dobrą żoną i zamiast tupać nóżką i rwać włosy z głowy (męża oczywiście) zgodziłam się na wcześniejszy powrót do domu. Niemały wpływ na mą potulność miał fakt, że dostatecznie duży terror wprowadziłam wydłużając naszą trasę marszu o dodatkowe punkty. I tak bawiłam się świetnie realizując swoje podstawowe funkcje: dreptać, poganiać i terroryzować – ulubione pańciowe zajęcia (których cześć musiałam trochę ograniczyć ze względu na obecność kolegi).

To tyle jeśli chodzi o nasz start. Jeśli chcecie poczytać więcej o tych zawodach, możecie zrobić to na stronach:
– wspomnianego Psa Bohuna
Seterki T.
Pozytywnego Psa (tu możecie obejrzeć relację)
Futra Specjalnej Troski (jak wygląda start z niewidomym psem)
Podróże z psem

4 thoughts on “Najlepszy prezent imieninowy, czyli Dog Orient w Budach Grabskich (06.VI.2015)

  • 29/06/2015 at 11:12
    Permalink

    Najlepszy Mąż wyglądał nawet na zadowolonego bym powiedziała 😀 Szkoda, że musieliście wracać. Lajson jest dokładnie taka, jak na zdjęciach i jak ją opisujesz 🙂

    Reply
    • 05/07/2015 at 06:15
      Permalink

      Mina Najlepszego Męża kiedy zobaczył ten komentarz… bezcenna 🙂 Do tej pory mi wypomina, że kazałam mu tyle chodzić 🙂
      Bohun na żywo jeszcze cudniejszy niż na zdjęciach. Miło było Was poznać 🙂

      Reply
  • 04/07/2015 at 14:21
    Permalink

    Zostałaś nominowana do LBA. Więcej informacji znajdziesz tu: kundelekwiki.blogspot.com
    PS. Bloga daję do obserwowanych.
    Małgorzata&Wiki

    Reply
    • 05/07/2015 at 06:16
      Permalink

      Ok, zaraz sprawdzę – odpowiem edytując nasz post o LBA 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *