Podróże

Lajka w Kazimierzu Dolnym

Choć na świecie trochę zimno i szaro się zrobiło – może nawet niektórym nie chce się już wychodzić z domu – my wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę do Kazimierza Dolnego. Miasteczko to Lajson wizytowała po raz pierwszy i całkiem przypadło jej do gustu. Może dlatego, że był to zwykły weekend (nie żaden dłuuugi), pogoda niespecjalna i w związku z tym turystów było niewielu? Sama nigdy wcześniej nie miałam okazji oglądać tego miasta w takim spokojnym i cichym wydaniu.

Zanim dojechaliśmy do Kazimierza zatrzymaliśmy się na zwiedzanie pałacu Czartoryskich w Puławach. Okazało się, że do środka nie można wejść z psem, co najwyżej „z małym pieskiem na rękach”. Od biedy dali byśmy radę przedźwigać słodkie 12 kilo Lajsona po pałacowych korytarzach, ale nie bardzo mieliśmy na to ochotę. W związku z tym wraz z Najlepszym Mężem oddzieliliśmy się od reszty naszej grupy i udaliśmy się na spacer po przypałacowym parku. W parku jest nakaz prowadzenia psa na smyczy, jednak szybko okazało się, że miejscowi nic sobie z niego nie robią. Przyznaję, że momentami też spuszczałam Lajkę, specjalnie żeby miała możliwość bezstresowego przywitania się z psami prowadzonymi luzem. Park jest piękny – jest w nim łąka, teren zadrzewiony i rzeczka pod skarpą. Nie tylko Lajson była zachwycona.

 

 

 

Za to w Kazimierzu, jak to w Kazimierzu, czyli obowiązkowe punkty zwiedzania: rynek, kościół, drugi kościół, zamek, góra z krzyżem (te dwa ostatnie – uff! – pominęliśmy), wąwóz (ten najciekawszy akurat spływał błockiem) itd. itp. Nie oszukujmy się – głównie chodzi o miłe spacery urokliwymi uliczkami, rozgrzewające obiady w urokliwych knajpkach i konsumpcję kogutków lub ewentualnie grzanego winka, coby podkręcić nastrój i się rozgrzać. Jeśli jest nieco cieplej i nie pada, to można nawet z przyjemnością wdrapywać się na okoliczne wzgórza, dreptać w wąwozach (jesienią bardziej byłoby to brodzenie) i spacerować po zamku, który jak powszechnie wiadomo nie ma dachu. Niestety w sobotę dojechaliśmy na miejsce dość późno, a w niedzielę zaczęło padać, więc nasze plany objęły kilka więcej miejsc, w których można wypić ciepłą herbatę.
Bardzo chętnie opisałabym coś pasjonującego i ekscytującego, ale wstyd
przyznać, był to tylko leniwy, acz bardzo przyjemny, rodzinny weekend.
Takie też od czasu do czasu fajnie sobie zafundować. I chyba na takie
bardzo dobrze nadaje się Kazimierz poza sezonem – chociaż myślałam, że
to jedno z tych miast, gdzie nie występuje zjawisko „poza-sezonu”.

 

Pod Domem Kuncewiczów – nie pytaliśmy czy można wejść z psem.

 

 

Do kawiarni (oraz do sklepu) w głównym budynku Muzeum Nadwiślańskiego można wejść z psem – polecamy świeżo wyciskane soki 🙂

Zatrzymaliśmy się w psiolubnych pokojach gościnnych Joanna. To
niewielki uroczy pensjonat, bardzo blisko rynku (150 metrów) i wału
wiślanego (50 metrów). Myślę, że ta druga informacja może być użyteczna
dla psiarzy, bo to świetne miejsce spacerowe. W niedzielny poranek sama
zabrałam Lajkę na spacer wałem (i buszowanie w nadwiślańskich
krzaczorach). Po grupowym zwiedzaniu pies był zachwycony zmianą formy
wypoczynku. Dodam jeszcze, że w miejscu tym nikt nie wyrażał
niezadowolenia z powodu obecności psa (a przecież to się zdarza nawet w
teoretycznie przyjaznych zwierzętom miejscach), nawet wtedy, kiedy psu
zdarzyło się przemknąć do pokoju nie na smyczy. Nie było też problemu
gdy pies towarzyszył nam podczas śniadania.
Joannę zapamiętam też jako
pierwsze na świecie miejsce, gdzie zjadłam idealną drożdżówkę z
budyniem. Już rano, po przebudzeniu czułam, że w pokoju pachnie ciastem,
a później, na śniadaniu spotkałam ją… mięciutkie ciasto drożdżowe i
budyń – drożdżówka! To trudno opisać słowami, jednak czułam wewnętrzny przymus by o tym napisać. Śniadanie było pyszne, ale
drożdżówka perfekcyjna. I jeszcze poczęstowano nas nimi drugi raz tuż
przed odjazdem.

 

Brama w Joannie.

Z psiolubnych restauracji, w których gościliśmy możemy polecić Kwadrans oraz Na Piętrze. Wyjechaliśmy sporą grupą, więc opinii było wiele i niektóre znacznie się od siebie różniły, dlatego napiszę tylko, że w obu tych miejscach można smacznie zjeść i oba mają swój klimat. Proszę tylko zauważyć, że do Kwadransu podczas naszego obiadu wkroczył kot, który zachowywał się jak pan na włościach, więc możliwość takich spotkań trzeba wziąć pod uwagę.

 

Kwadransowy kot zdecydował się na drzemkę na szafie.

 

Pańciowy obiad w Kwadransie – pyszota.

 

Wnętrze Na Piętrze.

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *