Lajka w Berlinie – ogólne uwagi i wrażenia

Od jesieni wybieraliśmy się do Berlina, ale cały czas jakoś tak się składało, że nie mogliśmy się z Najlepszym Mężem zgrać w kwestii wolnego weekendu. W końcu udało nam się ustalić termin – wyjechaliśmy tuż przed Sylwestrem, by nowy rok powitać w stolicy Niemiec. Czy był to dobry pomysł? Jak berlińczycy bawią się w tym szczególnym okresie? I co na to wszystko Lajson? Tutaj Wam wszystko opowiadam.

W zasadzie nie zatrzymaliśmy się w samym Berlinie tylko w pobliskim miasteczku Strausberg (ja się podśmiewałam, że to trochę taki lokalny Otwock, albo raczej Nieporęt – bo oni tam mają akurat jakąś dużą wodę) w hotelu Annablick. Zdecydowaliśmy się na taki wybór z dwóch powodów. Przede wszystkim liczyliśmy na to, że w mniejszej miejscowości będzie spokojniej – Lajka boi się wystrzałów i chociaż sobie z tym lękiem raczej radzi (nie zaburza on jej funkcjonowania), to jednak jest to dla niej bardzo stresujące przeżycie i chcieliśmy jej tego oszczędzić. Poza tym ja uparłam się na mały rodzinny hotel, a nic podobnego nie mogliśmy znaleźć w tym terminie w Berlinie.

Wybraliśmy więc Annablick. Osobiście nie przepadam za dużymi sieciowymi hotelami, wolę takie z własnym specyficznym klimatem. Trochę się to na mnie zemściło. Chociaż na stronie internetowej, przez którą rezerwowaliśmy nocleg było napisane, że obsługa włada angielskim i francuskim, to obsługująca nas pani mówiła cały czas po niemiecku, a mówiła dużo, bo w końcu między innymi poprzez urocze konwersacje robi się nastrój w małych hotelach. Na szczęście Najlepszy Mąż ma coś w rodzaju „daru języków” i jeszcze nie widziałam, żeby się nie dogadał w jakimkolwiek narzeczu. W zasadzie nie zdziwiłabym się gdybyśmy kiedyś trafili do Chin i zobaczyłabym jak Najlepszy płynnie przeprowadza z autochtonami konwersację po mandaryńsku. Niestety, chociaż trochę rozumiem po niemiecku, to moje słownictwo składa się z kilku słów typu „Schloss” czy „Wurst”, czyli podstaw niekumatego turysty. Biorąc to pod uwagę ograniczałam się do „gutenmorgenów” i mówienia „ja” jak najbardziej przekonującym tonem w odpowiednich momentach – w celu sprawdzenia odpowiedniości momentu oraz tego, czy generalnie się z wypowiedzią zgadzam ukradkiem kontrolnie spoglądałam na minę Najlepszego. W każdym razie ze szczebiotu pani podczas witania nas wyłowiłam słowo „Hündchen” i wyczułam jakieś takie ogólne ciepłe uczucia skierowane w stronę Lajsona, a co za tym idzie byłam od razu kupiona, zapałałam sympatią, zaczęłam głupkowato się uśmiechać i kiwałam głową potakująco przez czas dłuższy. Później było mi już tak nieswojo sprostować, że ja tego niemieckiego jednak ni w ząb…

W Berlinie z Najlepszym Mężem byliśmy wcześniej kilka razy. Prawdę mówiąc główne dlatego, że sklepy odzieżowe u naszych zachodnich sąsiadów ratowały garderobę mojego małżonka w czasie, gdy u nas trudno było kupić coś sensownego na wysoką osobę. Dzięki tym wycieczkom standardowe atrakcje mieliśmy w dużej mierze już obcykane, co biorąc pod uwagę, że po raz pierwszy przywlekliśmy tam ze sobą Lajkę bardzo ułatwiało nam sprawę. Niestety nie wszędzie da się wejść z psem, a właśnie w okolicy Sylwestra zima postanowiła pokazać, że jest, więc zwiedzanie na zmianę (jedna osoba zajmuje się psem, druga zwiedza, a potem następuje zamiana) nie wchodziło w grę. Chyba, że któreś z nas nagle zapragnęłoby nabawić się odmrożeń.

Lajson dumnie prezentuje się podczas pierwszego wyjścia z auta w Berlinie przy Karl-Marx-Allee. Huk petard nie przeszkodził jej w załatwieniu małej i dużej potrzeby fizjologicznej oraz okazania swej wyższości odpowiednią postawą.

Lajson ogląda Bramę Brandenburską.

Przed nami Brama (widoczna na zdjęciu wyżej), a w tle wieża, na którą z psami nie wpuszczają – trudno, ich strata.

Poza klasykami takimi jak Brama Brandenburska i okolice, Alexanderplatz oraz Mauer Gedenkstätte, które można bez problemu odwiedzić z psem, bo są na świeżym (a tamtym okresie również bardzo rześkim) powietrzu, postanowiliśmy zobaczyć coś nowego. Wjazd na wieżę telewizyjną – co do której nabraliśmy już wcześniej przekonania, że jest jak wieża Eiffela w Paryżu tzn. widać ją z każdego punktu miasta, z każdego okna itp. – postanowiliśmy zastąpić wizytą w wieży radiowej, na którą również można wjechać, popodziwiać widoki i na przykład przekąsić coś w tamtejszej restauracji. Niestety okazało się, że w tej wieży również obowiązuje zakaz wstępu z psem, więc z żalem odbiliśmy się od drzwi wejściowych  (uprzednio w internecie nie znaleźliśmy informacji na ten temat). Była to jedyna nasza tego rodzaju porażka podczas wyjazdu i z rozrzewnieniem wspominaliśmy wieżę telewizyjną na praskim Żiżkowie. Udało nam się natomiast odwiedzić nieczynne lotnisko Tempelhof oraz to, co pozostało z bazy NSA na górze Teufelsberg (obie wycieczki zainspirowane wpisami z bloga makulscy.com – polecamy), o których będzie nieco więcej w kolejnych wpisach. Zwiedziliśmy również Tierpark, któremu na pewno poświęcę osobną notkę, chociaż jak wiecie ogrody zoologiczne to dla Lajki nie pierwszyzna, bo miała już okazję śmigać po ZOO Praha.

Przede wszystkim dbamy o dobrostan Lajsona: pocieszamy, wycieramy glutki z nosa, miziamy na lepsze samopoczucie – podziwianie Alexanderplatzu liczy się dopiero w drugiej kolejności.

Jarmarki świąteczne zaczęły się powoli zwijać, ale na Alexanderplatz jeszcze gdzieniegdzie stały jarmarczne budy. Wiewióra bym przygarnęła.

Wieża telewizyjna w prawie całej okazałości.

Berlin określany jest jako najbardziej przyjazne psom miasto
w Niemczech. Psów faktyczne jest tu niemało. Zauważyłam, że całkiem sporo z
nich było prowadzanych bez smyczy, co mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę, że
koniec roku obfituje na ogół w ogłoszenia o psach zaginionych w wiadomych okolicznościach.
Z niemieckich artykułów, które cytował Najlepszy Mąż dowiedziałam się,
że nie ma w mieście generalnego nakazu prowadzenia psów na smyczy, ale są
miejsca gdzie trzeba mieć smycz odpowiedniej określonej długości – krótką lub
długą. Z systemu tego oczywiście nic nie zrozumiałam i Lajson prowadzany był w
bardziej zaludnionych miejscach na krótkiej smyczy, a w luźniejszych na smyczy
przepinanej. Piesa nie ucieka dziko przed siebie podczas wystrzałów, ale i tak wolałam za często nie spuszczać jej ze smyczy.
Od momentu, kiedy przyjechaliśmy do Berlina, stopniowo robiło się coraz zimniej. W
zasadzie nie było możliwości, by piesa chodziła bez ubrania. Na wietrzną
pogodę
zabraliśmy softshell, a na zwykły chłodek polarek przez ignorantów
nieustannie nazywany pidżamką lub szlafroczkiem. Oba wybory były trafne –
Lajson nam nie marzł za bardzo. Chociaż wiele psów – nawet tych
większych – spacerowało w ubrankach,
to Lajka swoim strojem zwracała uwagę. Nawet ja z moim upośledzonym
niemieckim byłam w stanie się zorientować kiedy ludzie rozmawiają o nas. Mimo to Najlepszy ku mojej radości tłumaczył te wszystkie „ładne ubranka” i „śliczne gwiazdki”. Na szczęście wszystkie
komentarze były
miłe i dotyczyły tego, że piesa fajnie wygląda.

Poza śniadaniami, które w Annablick były pyszne, urozmaicone i serwowane w „zimowym ogrodzie”, do którego wolno wprowadzać psy (razem z nami oprócz Lajki śniadał jamnik i jakieś takie małe kudłate psisko podobne do pudelka), posiłki jadaliśmy głównie na Kreuzbergu przy Bergmannstrasse, którą ochrzciłam mianem „Jedzonkosztrase”.  Nigdzie nie mieliśmy problemu z wejściem do środka z Lajką. Za to w Parlamento Degli Angeli Najlepszy Mąż nie mógł się dogadać w kwestii tego, czy wolno wejść tam z psem – niby kelnerka mówiła po angielsku, ale trudno się z nią było porozumieć i nie wiem, czy to nie przez niezwyczajność naszego pytania. 
Zaś w Que Pasa miałam dość radosne przygody z toaletą. Bo ja też mam pewien szczególny dar, bardzo przydatny w podróży – na ogół bezbłędnie lokalizuję najbliższą toaletę. Tutaj z kolei miałam pewne problemy, ponieważ toaleta znajdowała się za drzwiami służbowymi  – oznakowanymi odpowiednio dezinformująca tabliczką  w stylu „tylko dla obsługi”. Dodatkowo kiedy już ją znalazłam (po gruntownym przepytaniu kelnera) i później próbowałam z niej wyjść, okazało się, że prawie cała podłoga prowadzącego do niej maleńkiego korytarzyka jest klapą zamykającą piwnicę, a po schodkach do tejże piwniczki biegał właśnie w tę i we w tę magazynier całkowicie nie przejmujący się moją skromną postacią stojąca tuż nad nowo utworzoną przez niego przepaścią.
Lajson w tym czasie przysypiała pod stołem zmęczona zwiedzaniem tak bardzo, że nawet nie zauważyła, iż jej pańcię nicponie podstępem uwięzili.

Pańcia cała w skowronkach, najedzona, harce jej w głowie, a piesa jak zwykle nie podziela entuzjazmu.

W Parlamento Degli Angeli: gorąca czekolada – prawdopodobnie najlepsza na mrozy.

W Parlamento Degli Angeli: gnocchi.

Pod Que Pasa.

W Que Pasa: groźba prawdopodobnie nie karalna wykonana paluszkiem serowym.

Rok 2015 witaliśmy w Zagrzebiu. Obyło się bez dodatkowych problemów – Lajka poradziła sobie bardzo dobrze ze stresem związanym z podróżą (to zawsze jest stres nawet dla psów przyzwyczajonych do podróżowania) oraz fajerwerkami – dlatego postanowiliśmy i 2016-ty powitać w nowym miejscu. Okazało się, że berlińczycy świętują Nowy Rok bardzo hucznie. My najgorętszy okres, czyli czwartkowy wieczór (31.12) i noc z czwartku na piątek (31.12/1.01) spędziliśmy w hotelu, telewizyjną relacją z zabawy pod Bramą Brandenburską (podobno było tam 100 tysięcy ludzi) zagłuszając dźwięki zabawy, która i w Strausbergu nie była cicha. Przetrwaliśmy, ale dla Lajki było to ciężkie przeżycie. Mimo to w Warszawie na naszym Żoliborzu na pewno nie byłoby łatwiej, co wiemy, bo kilka lat temu zostaliśmy w domu.

2 stycznia, okolice Mauer Gedenkstatte. Opakowania po fajerwerkach i zabarwiony od nich chodnik.

2 stycznia, Kreuzberg. Śmieci pozostałe po Sylwestrowej zabawie: głównie opakowania po fajerwerkach z lekką domieszką butelek po alkoholu.

W Sylwestra już od rana mieliśmy problem, bo cały czas nad miastem rozlegały się dźwięki wybuchów. Może nie była to kanonada, ale nawet mnie, osobę dość wrażliwą na hałas, szybko zaczęło to irytować. Nie mamy zdjęć zabawy, myślę jednak, że obrazy tego jak wyglądały ulice następnego oraz przez kilka kolejnych dni dobrze odzwierciedlają to, co się działo. Na szczęście w kolejnych dniach poza sporadycznymi pojedynczymi wystrzałami było raczej spokojnie.
Berlin zwiedzającym z psami polecamy, ale nie w gorącym okresie noworocznego świętowania.

One thought on “Lajka w Berlinie – ogólne uwagi i wrażenia

  • 23/01/2016 at 17:47
    Permalink

    Oo Berlin! 🙂 i Lajeczka jak pięknie się prezentuje na tle Baramy! A wieża Tv zdecydowanie sama jest stratna, że takiej psiej damie nie pozwoliła się odwiedzić 😉 Czekam z niecierpliwością na następne wpisy 🙂 i zapisuję psiolubny hotel na następny raz 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *