Inne wydarzenia Podróże

Krótkie „psie” podsumowanie roku 2017 i plany na 2018

 

Rok 2017 zaczęliśmy stojąc na wzgórzu nad jeziorem Como. Było ślicznie i romantycznie, chociaż odrobinę zimno i jednak nieco słychać wystrzały, więc nieidealnie.
Wyjazdy na Sylwestra to taka nasza mała rodzinna tradycja, z której zrezygnowaliśmy tylko dwa razy: kiedy po adopcji nie widzieliśmy jak Lajka zareaguje na fajerwerki oraz rok później, gdy już wiedzieliśmy, że się ich boi. Co prawda, w przeciwieństwie do wielu psiarzy nie zaszywamy się w głuszy, lecz wybieramy miejsca gdzie można pozwiedzać i się powłóczyć, ze względu na to, że dość dobrze radzimy sobie z lękiem nawet podczas podróży.
Muszę przyznać, że urlopy co prawda nie służą rozpamiętywaniu wydarzeń minionego roku i snuciu planów na przyszłość – stąd nasze podsumowanie pojawia się tak późno – jednak pozwalają oderwać się, odpocząć i wkroczyć w nowy rok, w pełni sił i z nową energią do działania.

W drodze nad Como.

 

Jak zaczęliśmy rok, tak kontynuowaliśmy. To znaczy, że w tym roku udało nam się zorganizować kilka dłuższych i krótszych wyjazdów. Wydaje mi się, że to one były najbardziej charakterystyczne dla tego roku i wyznaczały zmiany zachodzące w naszym życiu. Nie będę wymieniała wszystkich, ale wspomnę te najważniejsze.

Słowenia

 

Bled

 

Ryga

 

Największy kamień na Litwie.

 

Jako pierwsze przychodzi mi na myśl przejście Szlaku Orlich Gniazd. Była to moja druga w życiu podróż tylko z psem, a jednocześnie pierwsza wędrówka z plecakiem. Niesamowite przeżycie dla osoby lubiącej ciszę, samotność i swojego psa… Chociaż stopy leczyłam później ponad miesiąc. W tym roku mam w planach przejść Głównym Szlakiem Świętokrzyskim, ale tym razem Najlepszy Mąż postanowił do nas dołączyć.

Po drodze na Jaworzynę.

 

Wielka Sowa

 

Droga na Ślężę.

 

Pod Tatrami.

 

Kolejnym małym przełomem było zaproszenie na wyjazd do Krynicy, czego wcale nie planowaliśmy, ani się nie spodziewaliśmy. Zdarzyło nam się podczas niego nawet wejść na jakąś górę i zaiskrzyło tak, że później postanowiliśmy wejść na jeszcze kilka. Efektem była organizacja weekendu, kiedy to wchodząc na Ślężę i Wielką Sowę zaczęliśmy nasze zdobywanie Korony Gór Polski. Mam nadzieję, że jak tylko zrobi się nieco cieplej, będziemy kontynuować.

Świątynia ze spełniającym życzenia karpiem.

 

Przepełnione japońskie metro 😉

 

Największe nasze szaleństwo i przełom, czyli nasz wyjazd bez psa, wydarzyło się już pod koniec roku. Pierwszy raz zostawiliśmy Lajkę samą na ponad dwa tygodnie. To znaczy nie samą tylko pod troskliwą opieką moich rodziców. My w tym czasie jeździliśmy i zwiedzaliśmy Japonię.
Piesa co prawda schudła, ale poza tym była w doskonałej formie, bawiła się też chyba nieźle skoro rodzice musieli pilnować by nie zamęczyła piesy rezydentki. Ja natomiast przekonałam się, że mój lęk separacyjny jest w głównej mierze antycypacyjny i ulegając urokom Japonii bardzo szybko zapomniałam o cierpieniach rozłąki. A skoro Lajs i ja byłyśmy takie dzielne, to mam nadzieję, że uda się i w tym roku zorganizować jakieś egzotyczne ekscesy – trzymajcie kciuki.

Kampinos

 

Grzybiarka w Kampinosie.

 

Dwa najważniejsze wydarzenia, również związane z wyjazdami, które co prawda odbyły się bez udziału Lajsona, za to kręciły się wokół zwierzaków to:
– warsztaty „Najpierw wytresuj kurczaka” na ranchu Stokrotka. Zawsze czułam się lepiej pracując jako zoopsycholog niż jako treser, co nie zmienia faktu, że staram się dokształcać w obu dziedzinach.
– I Kurs Weterynaryjnej Medycyny Behawioralnej Psów zorganizowany przez Skylosa w Limanowej. Ogrom wiedzy, dzięki któremu udało mi się pomóc także własnemu psu.

 

 

 

 

To teraz czas przyznać się, co się nam nie udało.
Z przyczyn osobistych, acz niezawinionych tuż przed drugą częścią warsztatów kurczakowych okazało się, że nie będę mogła się na nie wybrać. Dodatkowo, chociaż sprawdzałam kilka razy, okazało się, że data warsztatów, na które miałam jechać pokrywa się z pierwszym polskim Hard Dog Race, na który również byłam zapisana. Oczywiście tam też nie dotarłam z tych samych przyczyn. Może obie rzeczy uda się nadrobić w 2018.

Zaniedbałyśmy też treningi agility, które w 2017 roku stały się dla nas naprawdę fakultatywne. Po odpoczynku od psa znów zaczęło mi się chcieć, w związku z tym w przyszłość agilitową patrzę z optymizmem. Chociaż w 2018 mam plany by spróbować innych rzeczy.
Z niecierpliwością czekamy na seminarium frisbee, które odbędzie się pod koniec stycznia. Nowe dyski kupione specjalnie na tę okazję grzecznie czekają na półce. Może w końcu ja nauczę się rzucać, a piesa łapać.
Jestem też w trakcie zapisywania nas na kurs tropienia, które marzy mi się od dawna. Zobaczymy co z tego wyjdzie, ale rok jest długi, a ja mam wrażenie, że po kilku podejściach kiedyś się z tropieniem zapoznamy bliżej, bo Lajs to kocha.
Ach! I jeszcze znaki do Rally-O leżą na półce jak wyrzuty sumienia 😉

 

W rok 2018 weszliśmy spacerując w Słowackich Tatrach nad Szczyrbskim Jeziorem. Było ślicznie i romantycznie, chociaż odrobinę zimno i jednak nieco słychać wystrzały, więc nieidealnie…

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź

    Proszę uzupełnić poniższe działanie: *