Podróże

Koniec i początek roku w Chorwacji

Zanim jeszcze przygarnęliśmy Lajkę, mieliśmy z Najlepszym Mężem taki zwyczaj, że po świętach Bożego Narodzenia wyjeżdżaliśmy na kilka dni aby nieco odpocząć i zebrać siły. Wybory były różne, na ogół jechaliśmy do innego kraju, zwiedzaliśmy, a ostatni dzień roku spędzaliśmy na zabawie ulicznej, żeby jeszcze lepiej poczuć klimat miasta. Muszę przyznać, że najgorszy mężowy pomysł, to Sylwester w Helsinkach – nigdy wcześniej ani później tak nie marzłam. Po adopcji Lajki troszkę się w naszym życiu pozmieniało…
Pierwszego wspólnego Sylwestra spędziliśmy w domu. Zrobienie małej imprezy dla znajomych z jednej strony sprawiło, że nie czuliśmy się odludkami, a z drugiej dało nam możliwość obserwacji jak Lajka reaguje na wystrzały i błyski fajerwerków. Pech chciał, że ze względu na duże natężenie hucznych zabaw w naszej okolicy, Lajka zaczęła się ich bać. Może nie ekstremalnie, ale widać, że podczas huku odczuwa duży dyskomfort, a jeśli pojedyncze wystrzały zamieniają się w kanonadę, to piesa zaczyna panikować i robi głupoty, których normalnie by nie zrobiła (np. wchodzi sama na jezdnię, próbuje schronić się w sklepie). Następnego Sylwestra nie chcąc piesy narażać na większy stres spędziliśmy w kameralnym gronie u znajomych w mniejszym mieście – bez szaleństw. W obu wypadkach Lajka miała psie towarzystwo.

Problemem w walce z lękiem przed hałasem powodowanym przez wybuchy fajerwerków jest nie tylko to, że szybko się uogólniają jak inne lęki. Potrafią one też wystąpić w każdym momencie życia psa – czasem zupełnie niespodziewanie dla opiekuna (chociaż można się tego spodziewać u psów bardzo wrażliwych na dźwięki). Szybko narastają i trudno je zwalczyć. Przybrałam więc strategię nie wystawiania psa na takie bodźce i myślałam, że do końca życia będziemy unikać takich atrakcji. A muszę przyznać, że chociaż sama nie strzelam, to uwielbiam zorganizowane pokazy sztucznych ogni (taki ze mnie dzieciuch).
Aż w końcu nadszedł ten dzień, kiedy postanowiliśmy się odważyć i wyciągnąć piesę za granicę w tym specyficznym okresie.

Postanowiliśmy pojechać do Zagrzebia. Mogłabym ściemniać, że to z powodu ogromnego sentymentu, czy chęci ujrzenia Chorwacji wreszcie nas tam pognało, jednak jak to zwykle bywa powody były bardziej prozaiczne. Można by rzec: tak wyszło dość spontanicznie.
Nigdy wcześniej nie byłam w Chorwacji. Duża część naszych rodaków jeździ tam latem nad morze. My nie jesteśmy fanami upałów, tłumów i leżenia plackiem na plaży, więc do tej pory było nam z tym krajem nie po drodze. A wcześniej, kiedy byłam dzieckiem był to „ten kraj w którym jest wojna”, i który omijało się szerokim łukiem jadąc na wakacje gdzieś indziej. W każdym razie teraz udało się nam go odwiedzić i bardzo nam się spodobało.

Podsumowując nowo zdobytą wiedzę o tym kraju mogę napisać kilka zdań o jego zaletach:
– Chorwaci to bracia Słowianie i to tacy, którzy nas lubią (mam nadzieję, że generalnie z wzajemnością, bo moją zdobyli na pewno). A zawsze to miło być lubianym, nie? Różne bywają animozje pomiędzy narodami, ale my chyba nie mieliśmy w historii zatargu i możemy bezboleśnie się kumplować.
– Kuchnia w głębi kraju (na wybrzeżu królują ryby) zadowoli mięsożerców. Dużo jest dań mięsnych – kiedy zapytałam o jakieś postne potrawy, to nie było łatwo znaleźć coś charakterystycznego dla tej części kraju. Pozycją obowiązkową dla turysty (dla autochtona również) jest czewap (ćevap), czyli rodzaj kotlecików z mielonego mięsa ułożonego w specjalnej bułce podawany z pokrojoną cebulą i kajmakiem (tłuszcz zebrany z mleka) – brzmi dziwnie, ale jest dobre. Ucieszą się też osoby, które nie lubią zup – raczej się ich nie podaje. Jednak jeśli dostaniecie od gospodarza zupę, to nie zdziwcie się jeśli drugie danie trzeba będzie zjeść na tym samym głębokim talerzu – taki panuje zwyczaj (chyba są eko i oszczędzają wodę, czy coś w tym rodzaju). W Zagrzebiu jest sporo piekarni, w których można kupić coś pysznego do przegryzienia, gdy się nam spieszy. Różnego rodzaju wypieki „na słono” z dodatkami (np. szynką, mięsem, serem) są przepyszne. Chorwaci mają też dobre pieczywo.
– Chorwacki jest przyjemny dla ucha – nie brzmi tak dziwnie jak np. czeski. Czy wy też czasem wewnętrznie skręcacie się ze śmiechu kiedy słyszycie czeski? Z kolei język polski jest dla Chorwatów nieco zabawny (podobno brzmimy jak byśmy byli dziećmi uczącymi się mówić i mieli lekką wadę wymowy).
Chociaż można sobie też trochę z nich pożartować. Mnie się zdarzało. Na przykład po tym jak, Najlepszy Mąż zapłacił za przejazd autostradą.
Kasjer: Hvala, do widżenia.
NM (wykorzystując swój najlepszy chorwacki): Hvala, do widżenia.
Wyciągam rękę do Najlepszego Męża, żeby odebrać od niego resztę, która przeszkadzałaby w prowadzeniu auta i mówię: Daj pieniądże.
Najlepszy Mąż w ogóle świetnie sobie radził z rozmówkami używając (kiedy rozmówca nie znał angielskiego), jak to określił, „protosłowiańskiego”, czyli mieszanki polskiego, czeskiego, rosyjskiego i tego, co mu tam jeszcze przyszło do głowy.
– Jest ślicznie. To naprawdę malowniczy kraj – ma góry i dostęp do morza, a to chyba podstawowe warunki do „zapierania tchu w piersiach”. Nawet przy -17 C można docenić jego piękno 😉

To co mi się natomiast nie spodobało:
– Tam wcale nie jest ciepło cały rok jak niektórym się wydaje. Wręcz przeciwnie – poza wybrzeżem bywa zimniej niż u nas. I tak, pada tam śnieg. A my z piesą jesteśmy raczej ciepłolubne.
– Pomimo, że Chorwaci lubią psy, to mam wrażenie jest tam mniej psiolubnie niż w Polsce. W Zagrzebiu trzeba troszkę poszukać, żeby znaleźć restaurację, do której można wejść z psem. Nad morzem sytuację ratują restauracyjne ogródki (ale o tej porze roku po zachodzie słońca nie będzie przyjemnie w nich siedzieć). Lepiej też dowiedzieć się wcześniej, czy w miejscu, w którym planujemy nocować akceptują zwierzęta.

Wracając do tematu Sylwestra. Nie sprawdzaliśmy nawet czy urząd miasta organizuje jakąś imprezę dla Zagrzebian – wiedzieliśmy, że z psem w ten wieczór na pewno na miasto nie wyjdziemy. Dostaliśmy jednak cynk, że fajnym miejscem może być Sljeme. Po chorwacku sljeme oznacza szczyt, jest to też zwyczajowo nazwa góry, na której znajduje się zagrzebski zamek, i z której można rozkoszować się przepiękną panoramą miasta. Postanowiliśmy zaryzykować.

Najlepszy Mąż ustalił trasę, sprawdził przewidywany czas przejazdu i 31.12 przed godziną 23 w trójkę wyruszyliśmy w drogę. Lajka nie była szczególnie szczęśliwa. Po wycieczce, którą odbyliśmy tamtego dnia najchętniej zostałaby z nami w łóżku (na wyjazdach hrabina zawsze się dogrzewa i żąda miejsca na środku naszego łóżka) i wcale nie wychodziła. Na szczęście wystrzały, które nam towarzyszyły w drodze do auta, nie wystraszyły jej tak bardzo, jak się spodziewałam. Po przejechaniu przez miasto czekała nas długa droga pod górę. W Zagrzebiu było zimniej niż w Warszawie, na ulicach leżał śnieg, więc kiedy zaczęliśmy naszym małym autkiem wjeżdżać „milijonem” serpentyn ja chwyciłam się mocniej fotela. Mój cudowny lęk wysokości tylko czekał na wyskoczenie w nocnych ciemnościach na wąskiej ośnieżonej (oblodzonej może?), wijącej się, górskiej drodze bez barierek. Jednak widok, który ukazał się naszym oczom, kiedy podjechaliśmy wyżej i miasto zaczynało prześwitywać zza drzew był tego wart. Lajson natomiast miał szansę się trochę wyluzować, bo na górze zaczęli strzelać nieco później i było dość cicho. Zadziwiła nas ilość samochodów, które zmierzały w tym samym kierunku co my.
Nie wjechaliśmy na szczyt. Kilka minut przed północą zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie stało już kilka samochodów. W tym miejscu drzewa nie zasłaniały widoku, a nie znając góry nie chcieliśmy ryzykować, że nie znajdziemy drugiego tak dogodnego punktu lub co gorsza o północy znajdziemy się po jej drugiej stronie. Wysiedliśmy z auta, Najlepszy Mąż rozstawił statyw i zaczął trzaskać foteczki, ja wzięłam Lajkę na smycz (na wszelki wypadek gdyby coś strzeliło koło nas) potuptałam do Najlepszego i oddałam się kontemplacji światełek rozbłyskujących nad miastem. Było cudownie i magicznie. Z całą pewnością zdjęcia nie oddadzą tego co widzieliśmy.

Lajson zaś usiadł obok mnie i się trząsł. Odpięłam ją ze smyczy i żeby choć trochę jej ulżyć (i nie pilnować cały czas gdzie się znajduje) przed północą wzięłam ją na ręce. Kilka minut później pobiegałam razem z piesą po kawałku odśnieżonej ścieżki żeby się trochę rozgrzać i bardzo mi ulżyło bo okazało się, że paskuda wcale się nie bała tylko trzęsła z zimna (zawsze to trochę lepiej, nie?). Wspólne bieganie od razu ją rozbawiło i rozgrzało. Problemem nie były wystrzały tylko pogoda i nuda. Jak widać czasem to pańcia staje się histerycznym głuptasem.
Wkrótce trzeba było zmykać z powodu mrozu. Jakiś chłopak zaczął zaczepiać Najlepszego Męża tuż przed naszym odjazdem. Okazało się, że trochę wyżej niż się zatrzymaliśmy, w rowie przy drodze utknął samochód blokując przejazd wszystkim pozostałym. Jego kierowca w radosnym nastroju zawrócił na jednokierunkowej drodze na Sljeme i zaczął zjeżdżać w dół. Chcąc przepuścić auto jadące we właściwą stronę, zjechał na pobocze (którego przy tej drodze prawie wcale nie ma), gdzie pod śniegiem ukryty był rów. W ten sposób zatrzymał kilkanaście aut, których kierowcy i nierzadko pasażerowie ruszyli z pomocą. Wspólnymi siłami bardzo szybko wyciągnęli auto z rowu, a kierowca na wstecznym przejechał kilka zakrętów do miejsca, w którym mógł zawrócić. W Sylwestra zawsze znajdzie się miejsce na ułańską fantazję 🙂
Najważniejsze w tej nocy było jednak to, że małe rude zwierzątko mogło ją spędzić bezpiecznie i w ograniczonym stresie, a my mogliśmy wreszcie robić to co lubimy. Mam nadzieję, że w przyszłym roku też znajdziemy taką świetną miejscówkę.

Może Ci się spodobać

7 komentarzy

  • Odpowiedz
    Friendship of dog
    08/01/2015 o 21:20

    Nastrojowe zdjęcia!

  • Odpowiedz
    Pies w Warszawie
    10/01/2015 o 14:35

    Już te zdjęcia zapierają dech w piersiach – nie wyobrażam sobie jak pięknie musiało ta być. Lajson wydaje się być bardzo odważnym piesełem, mój by uciekał w podskokach podczas strzelania 🙂

    • Odpowiedz
      filozof
      13/01/2015 o 19:46

      Lajson jest jak Chojrak z kreskówki 😀 Tam na górze było dość cicho – tylko kilka razy strzelili w pobliżu 🙂

  • Odpowiedz
    bohunpies
    10/01/2015 o 21:49

    Musiało być przecudnie 🙂 głaski dla Lajeczki za bycie taką grzeczną i dzielną piesą 🙂 czekam na pozostałe wpisy o Chorwacji, będą prawda? 🙂

    • Odpowiedz
      filozof
      13/01/2015 o 19:47

      Tworzymy, ale to nie ta sama Chorwacja, co latem 😉

  • Odpowiedz
    Halucynowaa
    12/01/2015 o 19:02

    Piękne zdjęcia.

    Pozdrawiamy H&K
    http://kaja-psi-przyjaciel.blogspot.com/

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *