Podróże Spacery

Jura Krakowsko-Częstochowska po raz kolejny :)

Jakiś czas temu znów wybraliśmy się całą rodziną (Lajka, pańcia i Najlepszy Mąż) na weekendową wycieczkę po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Pisałam już jak bardzo lubię to miejsce ze względu na urozmaicone tereny oraz szlaki łatwe do przejścia nawet dla takich łamag jak my (oczywiście nie chodzi o Lajkę, bo jej żaden szczyt niestraszny).
Tym razem w wędrówkach trochę przeszkadzał nam upał (ach, te wymówki – ostatnio były to wczesne zachody słońca), ale nie daliśmy się łatwo i udało nam się wybrać na dwa około dziesięciokilometrowe spacery.
Pierwszego dnia udaliśmy się na spacer w Dolinie Wodącej. Zaparkowaliśmy samochód w okolicy Domaniewic i wyruszyliśmy zielonym szlakiem szturmować punkt widokowy na Grodzisku Pańskim. Okazało się, że punkt widokowy jest prawie całkiem zarośnięty przez drzewa i niewiele widać z niego okolicy poza wierzchołkami najbliższych drzew. Myślę, że to jak bardzo zachwaszczona była ścieżka na górę, powinno już wcześniej dać nam do myślenia.

Następnie udaliśmy się zielonym szlakiem w kierunku Skały Biśnik. Po drodze mijaliśmy malownicze kładki i mostki.

Muszę dodać, że szlak zielony poza tym, iż w dużej mierze próbowały pochłonąć go roślinki był też bardzo słabo oznakowany i dość często się gubiliśmy na tym odcinku. W końcu udało nam się dotrzeć do Biśnika, gdzie znajdują się dwie jaskinie – Na Biśniku właśnie oraz Psia. Zdjęć z dołu brak, bo ja się po dziurach w ziemi nie szlajam. Za to na skałę się wdrapaliśmy – znaczy się częściowo weszliśmy po schodkach 😉

Zmieniliśmy szlak na czerwony (Orlich Gniazd) by dostać się do zamku rycerskiego Smoleń, na który zwróciliśmy uwagę już podczas podróży. Widać było, że zamek – a w zasadzie jego ruiny – są zadbane i odświeżone. Z plusów można wymienić bezpłatny wstęp i prawdopodobną możliwość wejścia z psem (Najlepszy Mąż twierdzi, że tam nie wolno wchodzić – mi jednak wydaje się, że zakaz obejmował rezerwat obok zamku). Nie udało nam się tylko wejść na wieżę – akurat chwile przed nami wpadła na ten pomysł liczna wycieczka emerytów.

Jeszcze przed wejściem na zamek dostrzegłam pałętającego się po Lajce kleszcza i zatrzymałam się celem dokonania przeglądu futra. Zawsze podczas podróży mam ze sobą kleszczołapki, by w razie potrzeby szybko usunąć pasażera na gapę. Jednak większość krwiopijców udaje mi się zdybać jeszcze podczas spaceru po piesie.

Pomimo wcześniejszych ambitnych planów przedłużenia spaceru zdecydowaliśmy się wrócić do samochodu ścieżką przyrodniczą. Dość płaską, ale urokliwą.

Tego dnia Najlepszy Mąż zabrał nas również na punkt widokowy (tak miał to miejsce oznaczone na mapie), który okazał się być terenem prywatnym, w dodatku ogrodzonym elektrycznym pastuchem i pilnowanym przez pana wypasającego owieczki. Sforsowaliśmy przeszkodę bokiem, gdzie nie było zabezpieczeń i pomimo, że pan na szczycie był bardzo sympatyczny, to nie polecam – bo to naprawdę jest prywatne pole:

Wyświetl większą mapę

Zmyliła nas mapa, krzyż na szczycie i brak oznakowania z drugiej strony.

Drugiego dnia, pamiętając jak dała nam się we znaki pogoda udaliśmy się na spacer o podobnej długości trasy, jednak w dużo bardziej płaskim terenie i głównie po lesie.
Zatrzymaliśmy się na parkingu przy Diabelskich Mostach i stamtąd powędrowaliśmy żółtym szlakiem do Suliszowic, a następnie niebieskim do Zamku Ostrężnik (fajna miejscówka dla tych co się wspinają) i czerwonym (Orlich Gniazd) z powrotem do Diabelskich Mostów.

Jak zwykle: polecam Jurę na aktywny wypoczynek 🙂

Może Ci się spodobać

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Ola Mikler
    19/07/2014 o 16:01

    Wy to macie fajnie, tyle wycieczek w piękne miejsca :).

    • Odpowiedz
      filozof
      19/07/2014 o 18:10

      Ale za to nie mamy wakacji – smuteczek – coś za coś 😉

  • Odpowiedz
    bohunpies
    19/07/2014 o 16:36

    Podoba mi się klimat Lajki – nie będę pozowała i mam swoje własne zdanie 🙂 przynajmniej tak wygląda. Zwróciła w ogóle uwagę na owce pańskie prywatne? Adresówka, którą macie też mnie niemiłosiernie korci, jak się sprawuje? A tak poza tym polecacie też miejscowość Żelazko? 😉

    • Odpowiedz
      filozof
      19/07/2014 o 18:09

      Ha ha ha! Nawet nie zwróciłam uwagi na "fotograficznego focha". pamiętam tylko, że podczas robienia zdjęcia na schodach Najlepszy Mąż zapytał "czy twój pies może przez chwilę nie wyglądać jak idiota?', więc może faktycznie się Lajka obraziła 😉
      Adresówki takie mamy dwie – wiewiórkę i liska – obu używamy głównie na wyjazdach (mniej więcej naprzemiennie). Trochę nam się porysowały, ale na razie trzymają się nieźle – numer telefonu pozostał nienaruszony, chociaż muszę dodać, że nie wystawialiśmy ich na jakieś straszne próby.
      W Żelazku byliśmy tylko przejazdem, więc niestety nie mam opinii 😀

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *