Podróże Spacery

Jeziora Plitwickie z psem – lato

Podczas naszego zimowego wyjazdu do Chorwacji nie odmówiliśmy sobie krótkiej wycieczki dookoła Jezior Plitwickich (relacja TU).
Niewątpliwymi plusami tamtego spaceru – oprócz nieodmiennie pięknych
widoków – była niewielka liczba turystów odwiedzających park, bezpłatny
parking oraz niższe ceny biletów. Tym razem, w nieco zmienionym składzie (niestety bez Najlepszego Męża – poczujcie tę grozę, którą niesie fotografująca Pańcia) zdecydowaliśmy przyjrzeć
się Plitwicom w środku lata. Było zupełnie inaczej, ale czy lepiej czy
gorzej będziecie mogli osądzić sami po przeczytaniu relacji.


Pierwsze,
co zobaczyłam po przyjeździe na miejsce, to kolejka – koszmarnie długa,
wijąca się kolejka do kas. Zanim jednak mogłam się przerazić ilością
ludzi w niej zgromadzonych, trzeba było się skupić na znalezieniu
miejsca do parkowania. Udało nam się dość szybko to
zrobić, ale jeszcze chwilę później, gdy posilaliśmy się aby odwlec
moment stania w ogonku, podjechali kolejni nieszczęśliwcy, dla których
nieco przesunęliśmy samochód, by i oni mogli się zmieścić swoim vanem. Latem parkingi są nie tylko zatłoczone, ale i płatne. Niestety nie pamiętam ceny jaką zapłaciliśmy za te kilka godzin spędzonych na spacerze, nie była ona jednak zbyt wysoka (szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę kontrast z ceną biletu wstępu do parku).

Okazało się, że przy kasach wcale nie spędziliśmy wiele czasu. Tłum pojawiał się przy nich za każdym razem, gdy podjeżdżał autokar, jednak dzięki sprawnej obsłudze był bardzo szybko przepuszczany do parku.
Zaskoczyła mnie cena biletów. Latem wynosi ona 180 kun, co przekłada się na prawie 100 polskich złotych. Moim zdaniem to dość drogo, nawet jak za oglądanie cudów z listy Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Na szczęście psy mają wstęp darmowy.
Po kilkunastu minutach oczekiwania, naszym oczom ukazał się znany widok w nowej odsłonie:

Dość szybko zaczęliśmy schodzić na dół (wyruszaliśmy z punktu oznaczonego na mapce jako wejście 1), a część naszej wycieczki zaczęła narzekać, że jeśli schodzimy, to później na pewno trzeba będzie pod tę górę wejść 🙂

Kiedy doszliśmy do wody pierwsze, co chciała zrobić piesa, to oczywiście wskoczyć do niej. Na chwilę udało mi się ją powstrzymać – w parku jest zakaz kąpieli. Nie wiem czy obowiązuje on czworonogi, jednak nie chciałam się narażać na niechęć turystów lub mandat od straży, co w sumie nie miało większego sensu biorąc pod uwagę ile osób już przy pierwszym jeziorze schodziło z wyznaczonych ścieżek i szło dziką dróżką nad niżej położone wodospady, chociaż schodzenie ze szlaku również jest zabronione.

Chwilę pokręciliśmy się przy wodospadach, ale szybko ruszyliśmy dalej, by minąć tłum. Faktycznie latem nad Jeziorami Plitwickimi gromadzi się bardzo wielu turystów. Jak jednak mieliśmy wkrótce zauważyć, uciążliwa liczba zwiedzających i korki obecne są głównie przy wodospadach, a pozostałe fragmenty tras są bardzo często puste – można przez kilka-kilkanaście minut w ogóle nie spotkać innych ludzi. Wiele osób rezygnuje z obchodzenia jezior korzystając z „ciuchci”  (samochodu z wagonikami przemieszczającego się wzdłuż brzegu) oraz stateczków przecinających największe jezioro w dwóch miejscach. W ten sposób zamiast męczyć się w upale, oglądają tylko największe atrakcje, czyli wodospady, w międzyczasie siedząc w kolejnych środkach transportu.
Wydaje mi się jednak, że szkoda by było tego spaceru wzdłuż brzegu. Tym bardziej, że duża część trasy prowadzi pod drzewami, co nawet w środku upalnego lata jest przyjemne, a obecność jezior i bijący od nich chłód przynosi ulgę (zawsze też można zamoczyć nogi, gdy nikt nie patrzy).
Lajka oczywiście wykorzystała tę drugą opcję nieco bardziej… Kiedy podeszłam z nią do brzegu, nie zdążyłam przykucnąć do wspólnego zdjęcia, a ona już była w wodzie. Pływanie wśród wcale nie lękliwych rybek nie trwało jednak długo – natychmiast kazałam wyjść nicponiowi.

Przeszliśmy wzdłuż trzech mniejszych jezior i po minięciu jeziora Milanovac przeszliśmy na drugi brzeg do punktu (P3), w którym zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Chciałam zaproponować krótką trasę, którą szliśmy zimą, jednak jakoś tak się stało, że ruszyliśmy dalej wzdłuż jeziora Kozjak. Długa to była wędrówka, ale jak wspomniałam całkiem przyjemna. Trochę podupadliśmy na duchu, gdy się zorientowaliśmy, że trzeba też obejść jezioro Gradinsko, ponieważ za jeziorem Kozjak nie ma przejścia dla pieszych tylko przeprawa promem.

Dopiero za jeziorem Gradinsko, kiedy okazało się, że musimy albo brnąć dalej, albo wrócić tą samą drogą, stwierdziliśmy, że dość tego i wdrapaliśmy się na nasyp sąsiedniej drogi, którą jeździ lokalna „ciuchcia”. Tą drogą wróciliśmy do naszego parkingu, w międzyczasie przystając tylko na drugim parkingu na odpoczynek i zimną colę. Zdecydowanie polecam taką trasę. Nawet w środku sezonu można na niej odpocząć i nacieszyć się pięknem przyrody. Plitwice to nie tylko wodospady.
Dla Lajki był to najlepszy dzień całego wyjazdu. Reszta grupy narzekała do końca pobytu w Chorwacji, że ich zamęczyłyśmy 😉

Może Ci się spodobać

1 Komentarz

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *