Inne miejsca Podróże

Domek w drugą stronę, czyli pańciowe kretyństwa

Wieczorem przy grillu u znajomych rozmawialiśmy o podróżowaniu, zwiedzaniu i innych atrakcjach. Jakoś tak wyszło, że okazałam się być żądną zwiedzania nietypowych miejsc i oglądania rzeczy w typie „największy kłębek wełny”. Może był to wpływ sączonych napojów, bo ja na ogół w kwestii rozrywek wyjazdowych jestem konserwatywna (kościół, zamek, muzeum, galeria…), od czasu jak jest z nami Lajeczka to również biorę pod uwagę miejsca ciekawe dla psów (park, góra, las…). W każdym razie już następnego dnia Najlepszy Mąż zapewnił mi rozrywkę na poziomie, którego się domagałam.

Pojechaliśmy do Szymbarku gdzie znajduje się Centrum Edukacji i Promocji Regionu (tę nazwę poznałam dopiero po powrocie do domu). Na początku byłam przekonana, że jest tam tylko jakiś krzywy dom i zastanawiałam się co to za przyjemność – jechać taki kawał, żeby obejrzeć dom postawiony na dachu, ale kolega Najlepszego Męża polecał, więc zaryzykowaliśmy. Gdy dojechaliśmy na miejsce jeszcze przed wjazdem na parking (płatny przy wyjeździe 5 zł niezależnie od czasu na jaki zostawiliśmy auto) zapytaliśmy czy można z psem, zapytano nas o rozmiar zwierza i potwierdzono, że można. Nie jestem pewna co by nam odpowiedziano gdybyśmy mieli berneńczyka, czy choćby labka na tylnej kanapie, ale widzieliśmy, że rozmiar „york” przechodzi całkiem niezauważony. Po zakupie biletów (15 zł od osoby), pan stojący przy wejściu zażartował, że pies pewnie gryzie, ale będziemy się wypierać, bo wszyscy mówią o swoich psach, że nie gryzą, więc oczywiście odpowiedziałam, że Lajeczka gryzie potwornie, odgryza całe nogi,a czasem nawet połyka w całości. O ile dobrze pamiętam gdzieś przy bramie była informacja, że psy mają być trzymane na smyczy i w kagańcu, ale w praktyce nikt się kagańcem nie przejmował. Zresztą my wizytowaliśmy to miejsce dość wcześnie, więc jeszcze nie było tam zbyt wielu osobników aspirujących do bycia pogryzionymi przez krwiożerczego Lajsona.

Po wejściu okazało się, że teren Centrum jest duży i jest na nim mnóstwo atrakcji w mniej lub bardziej złym guście (na ogół bardziej). Z atrakcji które całkiem pominęliśmy podczas zwiedzania mogę wymienić park linowy, świat bajek (albo coś w tym rodzaju), jakiś kościółek oraz kilka, o których istnieniu dowiedziałam się z internetowych stron o regionie. Oprócz tego w kilku miejscach znajdują się bary i sklepiki (z głodu się nie umrze), stanowiska z pamiątkami, tatuażami z henny i nawet takie na którym wybijają pamiątkowe monety, czyli niekończący się festyn (brakowało jedynie muzykujących Indian, a myślałam, że można ich spotkać już wszędzie). Jest też trochę reklam firmy budującej drewniane domy, można nawet na miejscu obejrzeć pokazowy. Generalnie „mydło i powidło” oraz „ale o co chodzi?”. Miejsce dziwaczne, ale co ja się tam znam – masa zwiedzających ujawnia wakacyjne gusta rodaków. I żeby nie było – nikogo nie krytykuję – w końcu sami też tam pojechaliśmy. Co prawda ja nie miałam pojęcia co to za przybytek (przypuszczam, że Najlepszy Mąż też nie do końca zdawał sobie z tego sprawę), ale na miejscu byłam żywo zainteresowana, można rzec zafascynowana.
Pierwsze cudo, do którego się udaliśmy, to najdłuższa deska na świecie – nie pamiętam ile miała metrów, ale nie mieściła się w bardzo dłuuugim pomieszczeniu (zrobili taką ładną dziurkę w ścianie i deska sobie wystawała). W tym samym miejscu znajdował się „stół prezydencki” (nie pytajcie, bo ja też nie zrozumiałam tej idei). Niestety dopiero po fakcie dowiedziałam się, że gdzieś tam ukryty był największy fortepian na świecie – tyle stracić…
Na ścianie deska, na wprost stół.
A potem skierowaliśmy się prosto do sławnego domku „do góry nogami”:
To na czym siedzę, to jest chyba najdłuższa ława, ławka, albo inne cudo.
Jak wspomniałam nie wiedziałam czego się spodziewać po tym obiekcie, więc kiedy okazało się, że można wejść do środka ochoczo ruszyłam tam z Lajeczką. Okazało się, że w domku też wszystko jest do góry nogami, a podłoga jest krzywa, czyli to co jest na zewnątrz dobrze oddaje, to co jest w środku. Na początku nie spostrzegłam (na tym przykładzie widać jaki mam refleks), że domek generuje ciekawe efekty w organizmie – błędnik szaleje, człowiek się chwieje. Niestety piesa też – nie tak bardzo jak człowiek, bo ma mocne oparcie w czterech łapkach, ale widać było, że od czasu do czasu się potykała. Kiedy przyszło do wchodzenia na piętro myślałam, że Lajka wymięknie, ponieważ schody były z prześwitami pomiędzy stopniami, a ona nie znosi schodów tego rodzaju i chyba nigdy takich nie pokonała o własnych siłach. Jednak gdy tylko skierowałam się w ich stronę piesa w akcie desperacji (wcale nie zachęcana, a już z pewnością nie ciągnięta na smyczy) przylgnęła płasko do stopni, łapki rozrzuciła szeroko na boki i w tej pozycji zaczęła się wspinać. Od razu się zlitowałam, wzięłam zwierzę pod pachę i wniosłam, a potem również zniosłam. Naprawdę dobrze, żem taka niemrawa i nie zdążyłam dopatrzeć się szczególnych anomalii w moim zmyśle równowagi, bo jeszcze byśmy z tych schodków zleciały z hukiem. Niektórzy zwiedzający rezygnowali już po obejrzeniu parteru, podobno czasem trzeba stamtąd kogoś wyprowadzić. Jasne, że gdybym wiedziała wcześniej, co jest w środku i jakich efektów można się spodziewać, to nie wprowadziłabym tam Lajki i nie serwowała takiej zabawy. Jednak piesa przeżyła i nie wyglądała potem na szczególne zatrwożoną czy zmęczoną. Będąc w środku wydawała się być trochę zbita z tropu.
Potem dostrzegłam jeszcze kucyka, na którym odbywały przejażdżki dla dzieci. Kucyk miał fantazyjną fryzurę i widać było, że opiekująca się nim pani robi to bardzo ochoczo. Obok była zagroda z danielami – bardzo niefajny pomysł, tym bardziej, że w miejscu gdzie jest ciągle bardzo dużo ludzi, zwierzęta miały wybieg, który można obejść dookoła i nie miały praktycznie żadnej możliwości schowania się przed wzrokiem ciekawskich i hałasem. Abstrahując od gustów, czy się komuś ten park rozrywki podoba czy nie, to taki sposób utrzymania zwierząt jest zdecydowanie złą praktyką.
Minęliśmy stawik i zakątek z wolierami ptaków – też źle urządzone – nawet z daleka widziałam, że klatki są zbyt małe. W ogóle ta część zoologiczna przypominała mi trochę żywą szopkę, którą można oglądać „w sezonie” na Jasnej Górze. Może kojarzycie? Ja w tym roku widziałam ją po raz pierwszy i Najlepszemu Mężowi prawie uszy spuchły, bo zamiast zachwycać się zwierzątkami cały czas gadałam mu o dobrostanie. W końcu zatrzymaliśmy się na chwilę przy kanadyjskiej chatce trapera z kaszub (??? – oddaje moje uczucia).
Potem widzieliśmy jeszcze część „sybiracką” (nie wiem jak to określić inaczej) z małym amfiteatrem, lokomotywą stylizowaną na sowiecką (wraz z wagonami), oraz rekonstrukcją baraku łagrowego.
No! Takich dziwów jak tamtego dnia, już dawno nie widziałam. Część mnie zniesmaczyła, część mnie rozbawiła, ale myślę, że to trzeba przeżyć. Chociaż co wrażliwszym na kwestie estetyczne odradzam, bo może się skończyć zaniemówieniem, porażeniem i nerwowym drganiem powieki.
Popołudniu poszliśmy na spacer nad jeziorem Raduńskim by w spokoju odpocząć na łonie natury. Recz jasna tam też były tłumy grillujące, jedzące lody i kąpiące się, ale przynajmniej poczucie estetyki mi nie ucierpiało. Dla Lajki natomiast była to wspaniała nagroda za cierpliwość i dzielność 🙂

Może Ci się spodobać

2 komentarze

  • Odpowiedz
    Ola Mikler
    22/08/2014 o 14:29

    Ale Wy podróżujecie! 🙂
    Byłam w tym domku, dziwne uczucie ;).

  • Odpowiedz
    bohunpies
    22/08/2014 o 17:41

    Co za misz-masz! Skąd się biorą takie miejsca i kto je wymyśla? Ale coś mi podpowiada, że tak naprawdę wam żal, że tych Indian tam nie było i nie upolowaliście kasety z nagraniami 😉 O odwróconych domkach słyszałam, ale jakoś nikt nie wspominał o dziwnych odczuciach, trzeba będzie to poczuć na własnej skórze, ale raczej nie wybierzemy się do Szymbarku, obawiam się, że dostanę oczopląsu od nadmiaru tych wspaniałych atrakcji 😉

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *