Dog Orient w Dąbrowie Górniczej, czyli Lajka śmiga po pustyni

W sobotę 22.03, rankiem, zaraz po zjedzeniu śniadania, około 8:30, wyruszyliśmy z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej (dzień wcześniej po pracy przemieściliśmy się z Warszawy do Częstochowy, gdzie mieliśmy nocleg – dojazd z samej Warszawy rano zająłby zbyt dużo czasu). Na miejscu byliśmy dobrze po godzinie 9, więc nie zostało nam zbyt wiele czasu na odprawę – od razu udaliśmy się do biura zawodów.

Start miał być o 10:30, odprawa ludzi do 9:45, a weterynaryjna do 10:15. Niestety utknęliśmy w kolejce – okazało się, że duża część zawodników nie zarejestrowała się wcześniej i dopiero teraz, w ostatniej chwili, wypełniali odpowiednie formularze. Jeżeli byście kiedyś się wybierali na Dog Orient, to zdecydowanie polecam rejestrowanie się przez formularz internetowy. Po pierwsze, opłata za start, jeżeli zrobicie ją z odpowiednim wyprzedzeniem jest niższa (my zamiast 50 zł/os. płaciliśmy 35 zł/os.), po drugie, jeżeli wszyscy są tak mili i zarejestrują się wcześniej, to nie musimy stać w „stumilowych” kolejkach. Na szczęście organizatorowi zależy na propagowaniu psich sportów, więc poczekał na wszystkich chętnych. Za to start opóźnił się o ponad godzinę i ruszyliśmy dopiero o 11:40. Jakby ktoś się czepiał, to tak jak napisałam – nie było to z winy organizatora. Mieliśmy wolną godzinkę na słonku, którą poświęciliśmy na siedzenie i podziwianie pozostałych psich uczestników, studiowanie mapy (zdecydowanie mniej) oraz generalną obserwację co się dzieje, bo tego dnia odbywały się w tym samym miejscu zawody dla biegaczy i rowerzystów, więc dookoła „działo się”. Natomiast Najlepszy Mąż podśmiewał się z mojego stroju, komentując w stylu „te, dresiara, nie złam sobie tipsa”.

Puchate pieseły czekające na start.

Lajeczka z pańcią w sportowym ałtficie, udającą, że zna się na mapie.

Był piękny, słoneczny, ciepły dzień, a my mknęliśmy po Pustyni
Błędowskiej i okolicach, czyli w miejscu, gdzie jest mało cienia i dużo
piachu. Było niełatwo, powoli zdobywaliśmy kolejne punkty, w tempie wolniejszym niż zazwyczaj. Tylko ja szalałam jak poganiacz, bo jakoś tak miałam nadmiar energii na początku, a potem chciałam skorzystać z toalety, więc spieszyło mi się bardziej niż Lajce i Najlepszemu Mężowi.
Tuż po starcie nie jest zbyt przyjemnie – szczególnie dla jednostek aspołecznych – pierwsze 1-2 punkty szturmuje się grupowo, zanim wszyscy się rozejdą i ustalą swoje miejsce na trasie poprzez odpowiednie tempo oraz wybór kierunku. Ma to swoje plusy – nie trzeba nerwowo zerkać na mapę – leci się za tłumem (później nie polecam, ale tłum na ogół nie gubi się na samym początku). My oddzieliliśmy się od grupy już po pierwszym punkcie (na ambonie – tarasie widokowym), spotykając potem uczestników od czasu do czasu po drodze do 2 i 3. Jednak okazało się, że punkt 3, który był przy brodzie (nie ludzkiej, tylko takim na rzece 😉 ), zatrzymywał większość ludzi chcących ochłodzić swoje psy i w tym miejscu znów zrobiło się tłoczno. Drogę do 4 odbyliśmy wśród licznej kompanii, ale do 5 i mety szliśmy już samotnie.

„Rewitalizacja” pustyni – tu robią nową pustynię.

Bród, a na górze punkt 3.

Stara i trochę już porośnięta pustynia. Kościół widoczny na zdjęciu mijaliśmy jakiś czas później.

Na mecie zostaliśmy przyjemne zaskoczeni – w biurze zawodów dowiedzieliśmy się, że w naszej kategorii jesteśmy 3. Startowaliśmy w klasie Hobby (około 15 km), w kategorii rodzina. Od razu napiszę, żeby nie było wątpliwości – wygrywają biegacze – oba miejsca przed nami zajęły rodziny biegnące (mieliśmy do nich około 50 minut straty), więc nie nastawiałabym się na zwycięstwo jako osoba maszerująca. Mieliśmy po prostu farta – jednak i tak się cieszę, że byliśmy najszybszymi dreptaczami (szczególnie, jak tak patrzę na te moje krótkie nóżki, nikczemny wzrost i postawę kanapowca).
A dla ciekawych dokładnych wyników – nasz czas to 3:41:57, przeszliśmy około 18 km.

Radowaliśmy się również dlatego, że przypuszczaliśmy, iż wygramy jakieś psie jedzonko, a jako wyrodni opiekunowie nie zabraliśmy wystarczającej ilości pożywienia dla Lajki i biorąc pod uwagę, że do Warszawy wracaliśmy dopiero następnego dnia, musielibyśmy jechać jeszcze do sklepu po kolację i śniadanie dla niej. Jak widać zwierzę wzięło sprawy w swoje łapki i samo zadbało o jedzonko.

Teraz nadszedł czas oczekiwania na powrót pozostałych uczestników. Umililiśmy go sobie podjadając. Najpierw odebraliśmy „posiłek regeneracyjny”, czyli w naszym przypadku pomidorową wege (do wyboru był jeszcze żur). Potem zaatakowaliśmy ciasteczka, a zakończyliśmy kiełbaskami, które Najlepszy Mąż opiekł nad ogniskiem. Ognisko to tradycja, jeżeli chodzi o Dog Orient, jednak nam po raz pierwszy udało się na nim zostać. I chociaż nie jestem fanką kiełbasy, to muszę przyznać – było pysznie, ale po takim wysiłku prawie wszystko bym zjadła.

W zachodzącym słonku, odpoczywamy okutane w bluzę Najlepszego Męża.

Na koniec została nam już tylko dekoracja. Ja jestem trochę dzikusek, to dziwnie się czuję jak mnie wywołują tak na środek, ale też na pewno przyjemnie. Tak jak się spodziewałam, Lajka dostała karmę od O’Canis i całkiem sporo różnych smakołyków tej samej firmy, a dla pańci, wśród nagród znalazła się smycz od Negro-Team.PL, za którą pańcia dostała dwa dni później burę od Najlepszej Matki, że „znowu jakąś smycz kupiła” 🙂

2 thoughts on “Dog Orient w Dąbrowie Górniczej, czyli Lajka śmiga po pustyni

  • 29/03/2014 at 15:50
    Permalink

    Gratuluję sukcesu 🙂
    Nawiasem, im więcej piszesz od dogtrekkingu tym bardziej się nakręcam, szczególnie, że to chyba jedyny sport, który sprawiałby T. autentyczną przyjemność.

    Reply
    • 29/03/2014 at 19:20
      Permalink

      Dzięki 🙂
      I cały czas zachęcam. My co prawda na najbliższym się nie pojawimy, ale w Warszawie na pewno będziemy.
      Myślę, że jest jeszcze kilka sportów kynologicznych, które by się T. spodobały. W następny weekend wybieram się na SKOP 2 (Drugi Ogólnopolski Sprawdzian Kompetencji Zespołów Tropiących), co prawda bez Lajki – jako obserwator, ale mam nadzieję stworzyć jakąś relację. To takie coś pomiędzy zawodami a egzaminami w tropieniu użytkowym, które moim zdaniem jest bardziej przyjazne dla amatorów od tropienia sportowego.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *