Inne miejsca Podróże Restauracje Spacery

Co zobaczyć w Bieszczadach

img_5183

Chciałabym polecić Wam kilka szlaków turystycznych i innych atrakcji w Bieszczadach, które przypadły nam do gustu – oczywiście wszystkie dostępne są dla osób z psami. Nasze tegoroczne odkrycia uzupełnię o te miejsca, które odwiedziłyśmy podczas poprzedniej wizyty w tym regionie.

Myślę, że nie byłoby sensu opisywać wszystkich miejsc, w których spacerowałyśmy tej jesieni w Bieszczadach. Jak wspominałam kilka razy musiałyśmy modyfikować plany lub zejść ze szlaku z powodu deszczu wpadającego za kołnierz, mokrych stópek, obtartych przez wilgoć łapek i innych tego rodzaju atrakcji. Można się też spodziewać, że fotorelacja nie będzie obfita – w warunkach atmosferycznych panujących podczas tego wypadu, najczęściej nie było możliwości wyjęcia aparatu z plecaka.

Zielony szlak: Lutowiska – Chata Socjologa

Spacer z Lutowisk do Chaty Socjologa był naszym pierwszym wyborem. Widziałam, że to w miarę łatwa i krótka trasa – idealna by sprawdzić jak nam się chodzi po górach. Według naszej mapy pokonanie jej powinno zająć około 3 godzin (licząc z powrotem do Lutowisk). Ponadto w Lutowiskach jest spory parking, więc spodziewałam się, że nie będzie problemu by całkowicie legalnie zostawić nasze autko. Bez większych problemów udało mi się też znaleźć szlak. Po wyjściu z terenu parkingu skierowałyśmy się w lewo, czyli faktycznie w dół miasteczka. Minęłyśmy sklepy, szkołę i przy małym cmentarzyku znajdującym się po prawej stronie drogi (w pobliżu przystanku PKS) skręciłyśmy w prawo – mniej więcej w tym miejscu kończy się chodnik głównej ulicy w Lutowiskach.

Zaczęłyśmy iść asfaltową drogą pod górę. Po niezbyt długim odcinku skręciłyśmy w prawo na ubitą drogę (ten odcinek jest dość płaski, ale też krótki), a następnie na rozwidleniu dróg, na którym znajdują się tablice informacyjne skręciłyśmy w lewo – w dół. Kiedy wkroczyłyśmy w las droga zaczęła prowadzić lekko pod górę i za skrzyżowaniem zamieniła się w węższą ścieżkę pnącą się dość stromo w górę. Tu zaczyna się najcięższy odcinek, który był o wiele trudniejszy do pokonania podczas zejścia, ponieważ ziemia była bardzo śliska po deszczu i łatwo było się pośliznąć i przewrócić. Po wejściu na górę dróżka rozwidlała się. W lewo prowadzi ścieżka przyrodnicza na Trohaniec (938,8 m n.p.m.) – my weszłyśmy na ten szczyt podczas drogi powrotnej. W prawo szlak kieruje nas do Chaty Socjologa.

Kawałek przed Chatą na drzewie powieszono tabliczkę z informacją by zadzwonić, jeśli idzie się psem. Zadzwoniłam, jakiś pan powiedział, żeby dać mu 5 minut to zabierze psy do domu. Kiedy doszłyśmy na miejsce, zobaczyłyśmy polankę z drewnianą chatą, wiatą z stołem i ławkami oraz porozrzucane dookoła rowery – psów faktycznie nie było. Wiedziałam, że gdzieś w okolicy znajduje się punkt widokowy i chciałam dopytać o niego gospodarza, ale niestety, chociaż ze środka chaty dobiegały głosy, nikt nie zareagował na moje pukanie. Informacja o psach, tabliczka informująca o konieczności zmiany obuwia wisząca na drzwiach oraz zasady dobrego wychowania nie pozwoliły mi się wedrzeć do środka. Przysiadłam więc na ławie, napoiłam psa i powoli wróciłam do Lutowisk. Pomimo lekkiej mżawki, to była jedna z przyjemniejszych wycieczek, ponieważ pierwszy raz w życiu widziałam na żywo salamandry. Pierwszą pokazała mi Lajka, kolejne już bez problemu odnajdywałam na drodze. Niestety nie wiem czy w tym miejscu zawsze jest ich wyjątkowo dużo, czy może miałyśmy szczęście.

Czerwony szlak: Cisna – Małe Jasło

W środku wyjazdu miałam ochotę zaszaleć i przejść się dłuższym szlakiem lub wejść na jakąś wyższa górę. Miałam nadzieję, że warunki te spełni Małe Jasło (1097 m n.p.m.) –według naszej mapy dojście do niego z Cisnej wraz z powrotem powinno zająć mniej niż 5 godzin. Pojechałyśmy do Cisnej, w której centrum znajduje się parking – co dla mnie było dość ważne.  W sezonie pobierane są na nim opłaty, ale w październiku można tam znaleźć już tylko tabliczki informujące, że to płatny parking.

dscn0650

Śnieg zaskoczył nas podczas wędrówki na Małe Jasło.

Chwilę zajęło mi zorientowanie się, w którą stronę powinnam iść. Wiedziałam, że muszę znaleźć tory i przejść przez rzekę. Faktycznie przeszłam kawałek ulicą przy której znajduje się parking i gdy po lewej stronie skończyło się ogrodzenie, skręciłam w tym kierunku, przeszłam przez spory plac i następnie mostkiem kolejowym na drugą stronę rzeki. Następnie szlak prowadził po zboczu góry, wzdłuż rzeki, podłoże było bardzo nierówne – nie chciałabym iść tamtędy przypięta do nawet najbardziej posłusznego psa. Dalej trafiłyśmy na strumień do pokonania i nie było to łatwe, ponieważ już od kilku dni padało (tego dnia również) i trzeba było nieźle kombinować, żeby przechodząc przez wodę nie zamoczyć nóg. Natomiast odrobinę dalej zaczynał się jeden z przyjemniejszych odcinków szlaku – droga była szeroka i prowadziła lekko pod górkę. Jeszcze tylko przejście przez szosę i zaczęłyśmy nasz „ulubiony” najbardziej stromy odcinek szlaku. Nie wiem, czy on jest długi, bo takie podejścia zawsze dłużą mi się niemiłosiernie, dyszę, charczę, śpiewam ze złości, więc czas mija mi zupełnie inaczej. W każdym razie, jeśli uda się to pokonać, to później jest całkiem przyjemnie – miejscami bardziej stromo, gdzieniegdzie mniej, ścieżka też raz jest wąska, raz szeroka, ale las jest piękny. My miałyśmy tego pecha, że od Cisnej towarzyszył nam deszcz, a na górze zmienił się on w śnieg. Kupki mokrego śniegu spadały też z wyginających się pod ich ciężarem gałęzi drzew, więc raz na jakiś czas obrywałyśmy po głowach mokrą śnieżną breją.

Muszę się przyznać, że do samego Małego Jasła nie doszłyśmy. Para z psem, którą mijaliśmy ostrzegła nas, że tuż przed szczytem ich pies zaczął się bardzo niespokojnie zachowywać, więc zrezygnowali. Przeszłyśmy kawałek dalej, ja bacznie obserwując Lajeczkę i kiedy zauważyłam, że jest wyraźnie zdenerwowana, również zawróciłam. Być może była to tylko kwestia zmęczenia i zmarznięcia, ale nawet jeśli tak było, to nie widziałam powodu by dla ambicji (cóż innego mogłoby mnie pchać na szczyt, jeśli już odbyłyśmy całkiem satysfakcjonujący spacer) męczyć tego dzielnego zwierzaka. Na parking wróciłyśmy zmęczone, przemoczone i zmarznięte, ale raczej zadowolone.

Czerwony szlak: Komańcza – Jeziorka Duszatyńskie

Po tygodniu maszerowania w deszczu po górach Lajka miała obtarcia od przemoczonego płaszcza przeciwdeszczowego, ja zaś bliżej nieokreślony, ale bolesny problem z szyją, przez który cały czas miałam lekko przechyloną w jedną stronę głowę. Na szczęście Lajka pozbawiona płaszcza czuła się dobrze (obtarcia nie bolały i nie powiększały się), a ja z przyklejonym do szyi plastrem rozgrzewającym markowałam dobre samopoczucie. Chciałam skorzystać z pięknej pogody (tego dnia padało tylko trochę) i przejść się jeszcze trochę po górach, ale wiedziałam, że nie jesteśmy w najlepszej formie, więc szukałam łatwej i krótkiej trasy.

dscn0702

Tego dnia przez kilka godzin była piękna pogoda. Trzeba było mrużyć oczy przez słońce.

Początkowo miałam pomysł, by wyruszyć z Duszatyna nad Jeziorka Duszatyńskie i jeżeli będzie nam się dobrze szło, pójść dalej do Chryszczatej. Niestety już podczas jazdy samochodem miałam problemy. Najpierw nawigacja samochodowa skierowała nas do Duszatyna od strony Rzepedzi, jednak na tej drodze szybko natknęłam się na zakaz wjazdu. Stwierdziłam, że spróbuję dojechać od Komańczy, ale i z tej strony na drodze do Duszatyna był ustawiony zakaz wjazdu. W efekcie znów musiałam zawrócić. Samochód zaparkowałam pod kościołem w Komańczy i z tego miejsca ruszyłam pieszo. Spotkana pod lasem starsza pani wyjaśniła mi, że droga od Rzepedzi może być zamknięta z powodu opadów, bo trzeba na niej przejechać „przez wodę” – cokolwiek to znaczy – a droga od Komańczy była dzień wcześniej naprawiana, więc pewnie zapomniano zdjąć znak. Nie miałam jednak ochoty wracać się do samochodu… To był błąd. Gdyby przydarzyło wam się coś podobnego, po prostu znajdźcie jakiś dojazd do Duszatyna.

Droga na początku jest przyjemna – idzie się przez piękny las i jest tam tylko jeden bardzo krótki stromy odcinek. Niestety, szybko się z tego lasu wychodzi, a następne mniej więcej dwie trzecie drogi do Duszatyna szlak prowadzi nas po asfaltowej jezdni, która choć mało uczęszczana, to nie jest szczególnie urokliwa – raczej upierdliwa – kręta i prowadząca raz górę, raz w dół. Po jednej jej stronie znajduje się potok, po drugiej las. Jest też kilka domów, ale większość sprawia wrażenie letniskowych. Dopiero na końcu Duszatyna należy skręcić się w lewo. Szlak wiedzie nas najpierw szeroką, płaską drogą przez jakby łąkę, by po chwili wejść w las. Tutaj znajduje się miejsce, w którym najłatwiej się zgubić (na trasie spotykałam członków grup, które się rozdzieliły i nie mogły później zlokalizować poszczególnych osób), a lepiej tego nie robić, bo w okolicy są problemy z zasięgiem sieci telefonicznej. Szeroka droga, którą przyszliśmy, prowadzi dalej prosto, a szlak wyprowadza nas w lewo na dość szeroką drogę pnącą się pod górę, jednak bardzo łatwo nie zauważyć, że tuż po skręcie w lewo powinniśmy skręcić w prawo w wąską ścieżkę wijącą się po zboczu. Jednak obie drogi (szlak i droga, prowadząca od wsi) zaprowadzą nas w to samo miejsce – do pierwszego strumienia, który trzeba przejść. Problem będą miały osoby, które zaraz za skrętem w lewo zaczną szturmować górę.

Dalej szlak jest dobrze oznakowany, a ścieżka dość szeroka i nawet, gdy jest wilgotno, nie tak śliska jak na poprzednich opisywanych trasach. Nie ma też na niej bardzo stromych podjeść, więc jest dostępna nawet dla mniej sprawnych osób. Jedynym problemem jest konieczność przejścia kilku strumieni, co prawdopodobnie nie jest tak skomplikowane podczas bardziej suchych okresów w roku. Na pewno nie ma też problemu ze zorientowaniem się, że osiągnęliśmy cel – jeziorek nie da się przegapić.

dscn0713

Nad Jeziorkami Duszatyńskimi pogoda była już mniej przyjemna. Pół godziny później zaczęło padać.

My ze względu na zmianę trasy musiałyśmy zawrócić przy pierwszym jeziorku, ponieważ trasa znacząco nam się wydłużyła. Planowałyśmy iść z Duszatyna do jeziorek, co powinno zająć nam około dwóch godzin (dojście i powrót), więc wyszłyśmy z hotelu dość późno. Przejście z Komańczy do Jeziorek Duszatyńskich i z powrotem, według naszej mapy, mogłoby trwać ponad 6 godzin (znaki na szlaku podawały nieco krótszy czas). Bałam się, że nie zdążymy wrócić do samochodu przed zmierzchem, co mnie tak zmobilizowało do przyspieszenia podczas powrotu, że w efekcie cała wędrówka zajęła nam około 5 godzin.

Galeria w Hoczwi

img_5216

Ogród Zdzisława Pękalskiego przyozdabia m.in. taka kapliczka jego autorstwa.

Przed wyjazdem przypomniał mi się specyficzny element lokalnego folkloru w postaci tzw. zakapiorów. Ludzi, którzy wybrali nie zawsze łatwe, ale nierzadko ciekawe życie w tej części kraju. Niekoniecznie zajmujący się czymś szczególnym (np. wyrąb lasu, zbieranie grzybów, ale też rzeźbienie), często o barwnych, ale raczej nie kryształowych życiorysach. Zostali lokalnymi legendami, prawdopodobnie dlatego, że byli inni i stanowili pewien szczególny typ człowieka, który Bieszczady przyciągały. Obecnie zdaje się jest to gatunek na wymarciu, ale gdzieniegdzie można jeszcze spotkać pojedyncze osobniki.
Wcześniej niezainteresowana tematem gór dowiedziałam się o nich przypadkiem z książki Andrzeja Potockiego „Majster Bieda, czyli zakapiorskie Bieszczady”, którą kupiłam w galerii Zdzisława Pękalskiego w Hoczwi podczas pierwszego naszego wyjazdu w Bieszczady z Lajką. Do Galerii można wejść z psem – była to prawdopodobnie pierwsza taka wizyta Lajsona. Właściciel i artysta w jednej osobie chętnie opowiadał o swojej sztuce, górach i mieszkających w nich ludziach. Ponadto jest jednym z zakapiorów opisanych w książce Potockiego. Internety donoszą, że artysta jest chory, ale galeria działa.

img_5236

Zdzisław Pękalski słynie z madonn odkrywanych przez niego w świńskich korytkach.

Jedzenie w Ustrzykach Górnych

Najlepszy posiłek w czasie pobytu w Bieszczadach zjadłam podczas krajoznawczego przejazdu przez Park Narodowy. Do Parku nie wolno wejść z psem, więc stwierdziłam, że go sobie pooglądam z samochodu, a przy okazji przekąszę coś w Bieszczadzkiej Legendzie, o której czytałam jeszcze przed wyjazdem, do której oczywiście wolno wejść z psem. Pierwsze wrażenie było takie, że to zupełnie nie mój klimat – baraczek i przyległe do niego wiaty, kolorowo, tybetańskie chorągiewki modlitewne w ramach dekoracji i reggae z głośników – sporadycznie bywam „nadętą Warszawską damulką”. Byłam jednak zmęczona, głodna i przemoczona (jak co dzień podczas tego wyjazdu), więc postanowiłam wejść do środka. Chwilę szukałam wejścia, bo chaos w wystroju spowodował u mnie lekką dekoncentrację. W środku przywitał nas lokalny pies, gwarny tłumek gości i kolejka do baru. Obsługa okazała się miła i niezmiernie pomocna w wyborze dania, a nie byłam tym razem łatwym klientem. Bieszczadzka Legenda działa tylko w sezonie letnim – gdybym wybrała się w góry miesiąc później już bym tam nie trafiła i bardzo by tego żałowała. Jedzenie było pyszne, ceny niskie, obsługa miła i kompetentna, atmosfera przyjemna, pies mile widziany. W zasadzie jest to jedyny lokal gastronomiczny, który przypadł mi do gustu podczas tego wyjazdu. Nawet jeśli wybieracie się w Bieszczady z psem i nie planujecie wchodzić do Parku Narodowego, to warto podjechać kilka kilometrów do Ustrzyk Górnych, by zjeść coś pysznego.

Kolejka z Majdanu

Jeżeli wybieracie się na wypoczynek z dziećmi, to serdecznie polecam przejażdżkę Bieszczadzką Kolejką Leśną. Przejażdżka klekocącymi wagonikami jest miłą okazją do podziwiania piękna przyrody. I oczywiście można zabrać ze sobą psa. Lajce się raczej podobało tzn. nie wyglądała na niezadowoloną.
Wycieczki odbywają się na dwóch trasach – jedna jest dwugodzinna, druga prawie trzygodzinna (obie z 30 minutowym postojem). Kolejka wraca do Majdanu, więc również zmotoryzowani nie powinni mieć problemu z korzystaniem z niej.

img_5085

Tak wyglądają wagoniki Bieszczadzkiej kolejki.

 

 

Może Ci się spodobać

1 Komentarz

  • Odpowiedz
    Stanisław
    13/06/2017 o 16:54

    Wszystko co dotyczy Bieszczad jest wprost oszałamiające. Niestety, dojście do Doliny Moczarnego jest zamknięte poprzez zakaz wstępu, a szkoda. Ma Pan ciekawe zdjęcie bieszczadzkiego potoku. Jeśli mogę złamać Pana prawo autorskie, to proszę o zezwolenie na jego publikację. Pozdrawiam i dziękuję.

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *