Spacery

Buzi-buzi błocko, czyli spacer po Mazowieckim Parku Krajobrazowym: Bagno Całowanie

Muszę przyznać, że ostatnio miałam trochę wyrzutów sumienia. Piesa została zaniedbana haniebnie, a jej rozrywki ukrócone przez wzgląd na pańciowe zobowiązania zawodowe i towarzyskie. Nie udało nam się dojechać na ostatni DogOrient, nie wzięłyśmy udziału w treningowych zawodach agility (ba! nawet przestałyśmy docierać na treningi), a spacerki wszystkie odbywały się w pobliżu domu (i fakt, że mamy tu świetne tereny wcale mnie nie usprawiedliwia). Lista moich przewinień jest długa.
W związku z niedosytem wrażeń futrzasta hrabina zrobiła się jeszcze bardziej upierdliwa niż zwykle i coraz częściej częstuje mnie fochem. Na szczęście wszystko się odrobinę uspokoiło i mogę już nadrabiać zaległości i błagać o wybaczenie. Najpierw w tygodniu (co za rozpusta) pojechałyśmy na spacer nad Narew, a w sobotę na wycieczkę po bagnie Całowanie, co  miało być zadośćuczynieniem potwornemu Lajsonowi, który tę ofiarę (głównie ze strony Najlepszego Męża) przyjął zupełnie bez godności, a już w niedzielę od rana wołał „więcej, więcej!”.

Bagno, czyli trawy, szuwary, woda i błocko. Czy to nie brzmi jak spełnienie marzeń każdego psa? Może tak, ale jeśli wkraczamy do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego i w dodatku na obszar Natura 2000, to trzeba trochę ograniczyć psie zapędy morderczo-dewastatorskie. Mimo pewnych zasad zabawa dla psa i tak jest fantastyczna. Pachnie pięknie i okazja się znajdzie niejedna, żeby w czymś odpowiednio brudzącym się wytarzać. Nasza wycieczka choć krótka, niewątpliwie piesę uszczęśliwiła.

Bagno Całowanie próbowaliśmy zwiedzać już latem ubiegłego roku. Okazało się jednak, że nie była to najlepsza pora roku. Niezwykłe ilości komarów oraz innego gryzącego robactwa, a także w miarę jak posuwaliśmy się w głąb bagna coraz bardziej zarośnięte i zalane ścieżki, wypędziły nas w końcu do domu. Nie zrażeni, mając nadzieję, że jesień unieszkodliwiła co paskudniejsze małe potworki, postanowiliśmy zrobić kolejne podejście i odwiedzić ten teren.

Zaczęliśmy od dojazdu do wsi Podbiel, gdzie próbowaliśmy zaparkować. Nie było to łatwe. W końcu po jeżdżeniu w jedną i drugą stronę zdecydowaliśmy się zatrzymać przy bocznej drodze tuż przy ogrodzeniu czyjegoś domu. Nie trafiliśmy źle, ponieważ w tym miejscu kończyła się ścieżka 13 błota stóp. Stwierdziliśmy, że nam w sumie wszystko jedno i możemy przejść ją w przeciwnym kierunku. Nie nastawiliśmy się na morderczy  marsz, lecz na relaksujący spacer, więc ścieżka edukacyjna o długości około 4,6 km wydała nam się idealna, trochę zdziwiliśmy się tylko, że czas przejścia to ok. 3 godziny (nieco za długo jak na taką odległość do pokonania, ale pomyślałam, że to może przez bagna, trudny teren itp.).
Zaczęło się bajecznie – piękne widoki na łąki po obu stronach drogi, pasące się konie, zwinięte bele siana.  Piesa hasała, Najlepszy Mąż robił zdjęcia, ja dreptałam sobie za nimi, a wkrótce znaleźliśmy trzynastą tablicę.

Unieszkodliwianie pierwszego kleszcza.

W końcu doszliśmy do wydm, gdzie na rozstaju dróg ustawiona była tablica numer dziesięć. Poprzednie dwie albo przegapiliśmy, albo już ich nie było, ponieważ sprawdzając w internecie, którędy dalej iść Najlepszy Mąż znalazł informację, że ścieżka 13 błota stóp jest zamknięta z powodu złego stanu technicznego. Nie poddaliśmy się jednak, gdyż uznaliśmy, że o stanie ścieżki warto przekonać się samemu.

Upewniliśmy się jak zły jest zaraz po przejściu wydm, gdy teren zrobił się podmokły. Skręciliśmy w lewo na bardziej wydeptaną drogę, a potem dość długo szukaliśmy odpowiedniego skrętu w prawo. Brak jakiegokolwiek oznaczenia sprawił, że nie byliśmy pewni czy dobrze idziemy, do czasu aż znaleźliśmy tablicę dziewiątą. Kiedy już się ucieszyłam, to kawałeczek dalej droga rozmyła się na łące, która kończyła się ścianą zarośli, w których z kolei żadnej ścieżki nie dało się wypatrzeć. I tak utknęliśmy pod starą, spróchniałą amboną, do której nie było dojścia, chociaż robiliśmy podejścia z różnych stron w poszukiwaniu naszego szlaku.

My topiliśmy się w błotku, a Lajka w tym czasie radośnie hasała po łące. Do czasu gdy przy kolejnym susie przednie łapy niespodziewanie zapadły się jej w błoto. Piesa najpierw uderzyła pyskiem w ziemię, a następnie fiknęła prosto na plecy. W pierwszej chwili myślałam, że będzie miała coś złamane, najpewniej łapy, które na zbyt długo ugrzęzły w błocie, albo przynajmniej coś z kręgosłupem, bo wywrotka była popisowa i byłam przekonana, że pies się tak nie wygina. Lajka natomiast wstała trochę zdziwiona, otrzepała się i wesołym krokiem pognała do pańcia.

Tak prezentowała się Lajka po upadku.

Chwilę później zdecydowaliśmy, że kontynuowanie wycieczki jest niemożliwe, więc wróciliśmy do głównej drogi i ruszyliśmy z powrotem do Podbieli. Niestety Najlepszy Mąż tamtego dnia odmówił eksploracji drugiego końca ścieżki, ale ja się tak łatwo nie poddam i kiedyś przejdę całą 😉

Może Ci się spodobać

2 komentarze

  • Odpowiedz
    bohunpies
    30/09/2014 o 07:24

    Miło zobaczyć Lajkę z inną niż smuteczkową miną 🙂 nawet jeżeli nie udało się Wam przejść całej trasy, to i tak piesa "wygląda" jakby pokonała poligon 😉

    • Odpowiedz
      filozof
      30/09/2014 o 12:41

      Bo to małe wstrętne bydle ma tylko głupotki w głowie i jedyne co ją cieszy to jak może latać i szaleć po łąkach i lasach (lepsze jest tylko bieganie z całą grupa psów) 😀

Zostaw odpowiedź

Proszę uzupełnić poniższe działanie: *